Iquitos-Miasto w jungli

Pierwszy dzień w Iquitos to wieczór po mordędze jaką mi zafundował lokalny kapitan.Grzecznie zasypiam i czekam z niecierpliwością na jutrzejszy dzień. Rankiem o godzinie 8 wpada pod mój hostel Mario. Uśmiechnięty i szczęśliwy w końcu kupę czasu go tu nie było. Ruszamy lokalnym autobusem który kosztuje grosze do miejsca oddalonego o dobrych kilka kilometrów od mojego hostelu. Siadamy i mogę w spokoju podziwiać tutejszym mieszkańców.Co chwile ktoś się dosiada, co chwilę jakaś pani krzyczy, że sprzedaje  napoje ,owoce .Wszystko żyje,Mario co chwile pokazuje mi miejsca swojego dzieciństwa i stara się to wszytko zrobić tak żebym zrozumiał jak najwięcej.Swoją drogą to niezła lekcja hiszpańskiego dla takiego amatora jak ja.Po drodze mijamy kolejne markety i ludzi handlujących na każdym kroku. Lekki kurz unosi się wszędzie ale kompletnie mi to nie przeszkadza.Mario zakupuje jakieś fioletowe owoce, które wewnątrz są pomarańczowe o słonym smaku,jednym słowem jakiś dziwny owoc ,który jakoś nie przypadł mi do gustu.Za to Mario wcina je jak orzeszki ziemne.Mijamy Maria dom rodzinny i biznesy które prowadzi jego familja. Po 45 minutach jazdy autobusem dojeżdżamy do miejsca w którym podobno można zobaczyć wiele zwierzaków i nie jest ono tak drogie.Zadowolony wpadam z aparatem i zaczynam szukać jakiegoś celu.Po drodze mam przyjemność potarmosić prawdziwą anakondę i popatrzeć na niesamowite jaguary.Swoją drogą jest to zwierzę o wiele mniejsze niż się spodziewałem i niestety raczej niemożliwe do zobaczenia na wolności.Podziwiam tapiry,małpy i inne ciekawe zwierzaki ,których nigdy w życiu nie widziałem.Punktem kulminacyjnym było oglądanie delfinów rzecznych.Te ich wielkie nosy robią wrażenie tym bardziej na mnie.Wracamy uradowani do Iquitos gdzie Mario zabiera mnie na lokalny port abym mógł zobaczyć prawdziwe Iquitos. Dojeżdżamy lokalną mototaxą i wsuwamy dobrą amazońską rybkę na obiadek.Port jest żywym targiem gdzie każdy handluje czym się da,co chwile ktoś podbiega z zapytaniem czy nie chcemy gdzieś tam płynąć lub oferuje lokalne wycieczki.Czas mija fajnie i przyjemnie.Wracamy do hostelu gdzie odpoczywam jakiś czas by znowu spotkać się wieczorem z Mario.Wieczorny spacer po lokalnej promenadzie jest głośny i kolorowy.Jakiś komik nawija nie wiem co ale nawijaj a ludzie dookoła padają ze śmiechu.Jest dobrze.Po jakimś czasie wracam do hostelu a Mario leci posiedzieć sobie z rodziną. Następnego dnia udajemy się do najbiedniejszej dzielnicy w Iquitos Belen gdzie Mario prosi mnie abym schował aparat do plecaka i używał tylko małego.Dowiaduję się także że wieczorem jest tu naprawdę niebezpiecznie i lepiej się tu nie włóczyć bo zjeżdżają tu różne mendy Dzielnica jest naprawdę biedna a przystający do niej market jest głównym marketem Iquitos. Można tu kupić naprawdę wszystko.Samo bycie w tym miejscu jest ekscytujące a co dopiero mieszkanie tu musi być nie lada wyzwaniem.Dzielnica położona jest na wodzie.Zamiast dróg wszystko jest połączone kanałami wodnymi  na których pływają łódki wożące ludzie.Łapiemy jedna z nich aby popływać po kanałach.Robi to wszytko niezłe wrażenie. dzieciaki czekają na balustradach przy swoich wodnych domkach na łodki które je wożą do pobliskiej szkoły która także jest na wodzie. Co jakiś czas dzieciaki kąpią się w tej syfiastej wodzie.Domki to cztery ściany z kiblem często obok domu.Dla nas to syf niewyobrażalny.Sam  Mario mówi że ryby stąd to by nie zjadł więc tym bardziej jest to piorunujące wrażenie. Zwiedzamy oczywiście market ,próbujemy lokalnych owoców i innych przysmaków i tak mija nam dzień.Umawiamy się na następny dzień an wieczór gdyż potrzebuje odpocząć.Ale jak to już w życiu bywa odpoczynek następnego dnia staje się nudny po kilku godzinach  więc postanowiłem udać się na pobliską farmę motyli.Tym razem sam udaję się do portu łapię łajbę i ruszam.Podziwiam Amazonkę i jej wielkość,wsłuchuję się w turkot silnika i z czasem dopływam na miejsce gdzie mam przyjemność poznać sympatycznych Australijczyków ,którzy pomagają w utrzymaniu farmy.Poznaję wiele nowych gatunków zwierząt oraz mam przyjemność bawienia się z małpami. Jeśli chodzi natomiast o motyle to jakoś mnie nie urzekły.Wróciłem lekko nienasycony ale ok przecież nie zawsze wszytko będzie luks.Wieczorem kolejne spotkanie z Mario i niestety czas aby pożegnać się z nim.Myliłem się jednak, Mario już następnego dnia przyszedł na lotnisko z swoim synem by posiedzieć ze mną jeszcze chwilę.To było naprawdę coś wyjątkowego jak mnie przedstawiał swojemu synowi. Polubiłem go i będzie mi go brakować.Kolejna dobra osoba którą spotkałem,bezinteresowna.Mario powiedział że jesteśmy Amigos, więc mogę rzec, że to prawda.Mam prawdziwego amigos tu w innym świecie…Muchas gracias

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »