Tarapoto-Yurimaguas

Zasiadam rankiem w autobusie, przypominającym raczej samolot z wyposażenia w środku, warunki komfortowe i co najlepsze rozdają żarcie.Obok mnie pani Krysia a przede mną całkiem fajna dziewczyna ,która w trakcie podróży co chwile na mnie spogląda  zaczepiając mnie swoimi czarnymi oczyma, Tv gra z najnowszymi filmami. Obsługa przyjemna,jest fajnie.Mkniemy swoim tempem przez Panamericane, krajobrazy istnie cudne,piaszczysto, biało , za chwilę żółto,mijamy jakieś mniejsze miejscowości, zatrzymując się tylko w największych.

Czas płynie powoli ale przyjemnie a podróż trwa aż 28h więc mm czas na przemyślenia,czytam po drodze prezent od Magdy. Co jakiś czas spoglądam na przewodnik aby się czegoś dowiedzieć.w pewnym momencie zaczynam czuć chyba lekka wysokość bo zaczyna mnie mdlić ale jest ok, daję radę.Zaczyna się robić zielono ,gęsto, inaczej i tak kilka godzin.Docieramy do Tarapoto o godz 13, wychodząc z autobusu zostaję od razu zaatakowany przez mototaksiarzy z pytaniem gdzie chcę jechać.No to mówię że do Yurimaguas,targuję cenę i jadę na przystanek ‚colectivo'(to  osobowe samochody ruszają wtedy kiedy mają komplet pasażerów)Czekam tam jakieś 10 minut i po chwili ruszam starą rozklekotaną toyota w kierunku Yuri Podobno szybko i przyjemnie 2h więc jestem spokojny będę jeszcze w dzień w mieście,spokojnie znajdę hostel i odpoczynek. Ruszamy…droga kręta, ale z wspaniałymi krajobrazami,wszystko zielone,doliny przepaście,skały,jest pięknie…za pięknie…No i stało się po mniej więcej połowie drogi widzimy sznur samochodów i kupe ludzi.Zaniepokojony kierowca pyta co jest grane no i patrz Grzesio jedzie a tu lawina błotna rozwaliła droga na sporej długości i nie da się przejechać. Wziął kasiore jak za cały kurs wyprosił nas z samochodu i radz sobie człowieku, Idąc za moimi amigos z plecakami pakunkami docieramy na początek kolejki gdzie stoi policja i kupa amigos. Nikt się nie stresuję, wszyscy roześmiani tak jakby to było coś powszedniego.Ludzie zaczynają handlować owocami,piją piwo nie wiem skąd maja ale mają i czekają na znak możliwości przejścia.Policja bacznie obserwuje co chwile ciężarówki z ziemia mijają blokadę no i ja biały jedyny pośród nich o dziwo uśmiechnięty ,niezestresowany, Chyba mi się udzieliło ich poczucie czas itp.Po 2h oczekiwania wszyscy ustawiają się przed barjerką jakby mieli startować na 100 metrów, nie wiem dlaczego ale ustawiam się z nimi z plecakami i czekam.Po chwili zwalniają się bramki. Amigos biegną moi amigos biegną to i fotografista biegnie.Po co nie wie ale biegnie. Biegniemy przez zasypaną drogę by po drugiej stronie dostrzec za chwilę sznur samochodów,tępo nabiera siły,biegniemy moi amigos są szybcy i za chwilę widzę machająca rękę..tak to moi amigos wołają mnie do następnej taksówki..Teraz już wiem po co ten bieg ,kto pierwszy ten ma transport.Wsiadamy ruszamy i jedziemy..no to juz tym razem szybko będzie.Mkniemy kolejne kilometry i kolejne i nagle jeb…jakieś barykady na drodze,nie ma przejazdu.Znowu bierze od nas kasę i nas wyprasza z auta dalej nie wiadomo jak..Zakładamy bagaże i ruszamy tym razem na piechotę.Upał i duchota dają się we znaki no ale cóż musimy iść. Mijają kolejne kilometry a na drodze ani żywej duszy,nic, my z bagażami ,inni z bagażami.Wyglądamy jak pielgrzymi.Moi amigos są zmęczeni ale nie marudzą więc i ja mam dobry humor. Z czasem jednak zaczyna się robić ciemno a my jesteśmy jakieś 20 km od miasta.Mijamy po drodze kolejne blokady, plecaki są coraz cięższe ,sił zaczyna brakować,resztki wody i sok wypite…jednym słowem przewalone.Po kolejnych 2-3 km rozdzielamy się i jest już bardzo ciemno a ja ni cholery nie wiem gdzie jestem z plecakami za kupe hajsu.troszkę zaczynam się martwić…Po chwili widac jakieś światełko , macham ręką i udaje się zatrzymać jakiegoś chłopaka,zabiera nas na pakę ,na stojąco pędzimy ku miastu .Po drodze widać tylko latające świetliki, i ciemność rozbijaną co chwile przez reflektor naszego motocykla. Dojeżdżamy tak chyba do granic miasta gdzie kolejna blokad uniemożliwia nam dalszą  jazdę i ruszamy znowu z buta.Tutaj spotykam moją koleżankę z autobusu z pięknym czarnymi oczyma i małą grupką udajemy się w kierunku miasta. Grupka z czasem staje się coraz mniejsza aż w końcu pozostaję sam,nie wiem gdzie jak, ale idę, idę przed siebie pewnie ale z lekką obawą.Samotny gringos fotografista zasuwa pośród nocy z dwoma plecakami cholernie zmęczony,pyta się co chwilę o drogę do centrum idzie i idzie.Nagle podjeżdża chłopak motorem i się pyta  gdzie gringo chce jechać.To gringo odpowiada że do hostelu jakiegoś.Było mu wszystko jedno jakiego…odpoczynek prysznic pić.Wsiadam na motocykl ,duży na plecach, mały w ręku i pędzę przez miasto dłuższą chwilę. Amigo dowozi mnie do hostelu którego szukałem więc wszytko w porządku, nie chce nic ode mnie kasy i mnie zostawia życząc szczęścia (suerte).Wchodzę do hostelu pytam o wolne pokoje, dostaję klucze i mogę powiedzieć że było to szalony dzień,pełen wrażeń pozytywnych i zaskakujących…prysznic internet piwo i relaks.Zmęczony zaskoczony szczęśliwy że się udało zasypiam powoli przy szumie wiatraka…

 

 

 

 

Odpowiedź do artykułu “Tarapoto-Yurimaguas

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »