INDIE

img_5473 Indie – to olbrzymi kraj z mieszanką wielu kultur a także licznych kontrastów: bogactwa i biedy, kraj przecudnych kolorów i szarości ale przede wszystkim kraj, który pozostaje na zawsze w pamięci, przyciąga i sprawia, że marzymy o tym by pewnego dnia znów tu powrócić…

1.Narodziny Pomysłu
2.Przygotowania
3.W drodze
4.Tematycznie fotograficznie
5.Historia jednego zdjęcia
6.Podsumowanie i wnioski

1. NARODZINY POMYSŁU


Czasami się zastanawiam dlaczego ludzie podróżują i po co?? Przecież można posadzić tyłek w wygodnym fotelu i pooglądać TV, smacznie wsuwając kolejną paczkę chipsów zapijaną zimnym piwkiem. Nie mowie, że to złe bo sam czasami mam ochotę tak poleniuchować ale pytanie czy wizja „wielkiej opony” z kolejnym beznadziejnym dniem przy TV jest tego warta?? No jasne, że tak… często podczas takiej posiadówy rodzą się pomysły i takim to pomysłem był wyjazd do Indii. Może nie do końca pomysł powstał na wygodnej kanapie mojego domu, którego nie posiadam:)) ale w warunkach zbliżonych do opisanego lenistwa. Dlaczego Indie? Ano dlatego, że podobno jest tam ładnie i brudno, smutno i szczęśliwie a przede wszystkim dla mnie jest tam fotograficznie . Oczywiście, żeby nie nakłamać za dużo zaznaczam, że pomysł narodził sie w głowach dwóch osób -mojej i Artura a następnie do naszej ekipy po namowach dołączyła koleżanka.

2. PRZYGOTOWANIA


Bilet lotniczy
Jako, że nasz budżet zakładał skromne wydatki najważniejszą rzeczą dla nas była cena i takiego biletu szukaliśmy.Po wielkich trudach udało nam się zakupić bilet w cenie 2300 zł u jakiegoś pośrednika do Delhi-Warszawa,Bombaj-Warszawa liniami Aerofłot.

Plan
czas podróży 22 dni,Okres 18 listopada-7 grudnia, zakładał zwiedzenie kilku miejsc- Agra, Delhi, Bombaj, Jaipur, Pushkar oraz całe Goa.

Szczepionki
wykonaliśmy szczepienia na wirusowe zapalenie wątroby typu A/B, tężec, dur brzuszny.

Wiza
wymagana i można ją nabyć w Ambasada Republiki Indii na ul. Rejtana 15 m. 2/7, szczegóły www.indianembassy.pl

Pieniądze
Zdecydowaliśmy się na gotówkę. Dolary i Euro które jak się okazało bez problemu wymienimy na terenie Indii w licznych kantorach.

Ubrania
kurtka przeciwdeszczowa,bielizna, po dwie pary długich i krótkich spodni, klapki, buty, kąpielówki, podkoszulki i inne.

Leki
standardowo apteczka w tym Malarone lek anty-malaryczny oraz leki na kłopoty żołądkowe.

Plecak
wielkości 55l.

Sprzęt fotograficzny
Canon 40D, Sigma 70-300 oraz Sigma 17-70 2,8-4,5 macro, filtr UV i Pol oraz karty pamięci.

Inne
sztućce, kubek, suchy prowiant na początek oraz alkohol.

na górę

3.W DRODZE

Jak to często bywa w podróży, początki są najciekawsze i pełne wrażeń. Spragnieni przygody uzbrojeni w entuzjazm, pędzimy jak szaleni na lotnisko. Bramka, bagaże, bilety siedzimy i czekamy. Czekamy jak się okazuje na mega nowoczesną maszynę lotniczą – Tupolewa, którego sam widok wywołuje spustoszenie w naszych umysłach. Jako, że wróciliśmy niecały tydzień wcześniej z podróży służbowej wraz z Arturem lecąc nowym Airbusem czekamy na porównanie. Pierwsze wrażenie masakryczne -samolot ciasny mały i wygląda jakby miał się rozlecieć. Więc zaczyna się dobrze… Start, w miarę spokojny ale mimo to w głowie ciągłe porównanie z Airbusem i zastanawianie się co by było, jakby to coś co zwie sie naszym samolotem lekko się popsuło. Śmiech i szydercze pogawędki na temat samolotu przerwa nam jakiś pasażer opowiadając historie lotu do Moskwy sprzed kilku lat. Czas zlatuje szybko i po około 2h dolatujemy do Moskwy. Pierwsze wrażenie zdecydowanie inne niż wcześniej sobie wyobrażałem. Lotnisko wygląda jakby zatrzymało się w latach 70, ludzie śpiący na podłodze niczym bezdomni na dworcu centralnym , brak siedzeń i drożyzna – to „lotniskowy” wizerunek Rosji i pomyśleć, że mamy tu spędzić kilka godzin. No ale nie ma co narzekać odpoczywamy i czekamy cierpliwie na nasz lot do Delhi. Po kilku godzinach wegetacji pakujemy się do samolotu, tym razem do wielkiego Iła. Samolot zdecydowanie inny niż Tupolew większy, wygodny tylko start wprawiający w lekkie zakłopotanie ale jak sie okazuje bezpiecznie dowozi nas do Delhi. Po 6h jesteśmy!!! Co teraz?

Delhi

img_5057 Pierwsza rzecz jaką robimy to wymiana pieniędzy na rupie indyjskie i poszukiwanie taxi. Podchodzą oczywiście hindusi z każdej strony oferując nam coraz to lepsze kursy. Decydujemy się na małego, wąsatego pana, który prowadzi nas z hali do taksówki. Hmmm… oni są wszyscy mali i wąsaci heheh… no dobra dalej. Pierwszy krok po za lotniskiem to jakieś ogólne osłupienie. Powietrze mimo iż była 6 rano wyglądało szaro. Dokoła brud i syf przeplatany unoszącym się kurzem, samochody wyglądające jak stare, zakurzone garnki i dookoła mnóstwo ludzi ,wszyscy chętni do pomocy: a to drzwi otworzyć a to plecak ponieść. Wsiadamy do taxi przypominającej naszą dobrą, starą syrenkę – tyle, że bardziej brudną:) Artur pokazuje adres kierowcy a on oczywiście mówi, że wie gdzie to jest i nas tam zawiezie, wiec ok lecimy… Jedziemy, jedziemy, jedziemy a tu dalej nie ma naszego hotelu , który wyszukaliśmy w przewodnikach – więc zaczynamy się lekko denerwować, bo przecież cholera wie gdzie nas ten facecik nas wiezie. Podróż, która powinna trwać 15 min trwa kolo 1h i zamiast wylądować w hotelu siedzimy w taksówce w centrum miasta, w najdroższej dzielnicy, gdzie hotel kosztuje kupę kasy. Rozmawiamy z panem z miejscowego biura podróży, który zapewnia nas o braku jakichkolwiek miejsc w tanich hotelach proponując nam oczywiście swoje sprawdzone i drogie hotele. Po 1h pogawędki z klasycznymi naciągaczami Artur stawia warunek taksówkarzowi, że albo zawiezie nas na dworzec kolejowy albo mu nie zapłacimy. Nie wiem czy to było mądre czy głupie ale na pewno skuteczne bo taksówkarz natychmiast zawiózł nas w umówione miejsce. Z ulgą wysiedliśmy na placu koło dworca i zaczęliśmy szukać w pobliżu jakiegoś taniego noclegu. Zależało nam na czasie, aby szybko rzucić plecaki i wyruszyć w pierwszy dzień po Delhi. Zegarek wskazywał już godzinę 8 a więc pierwsze 3 godziny naszej wyprawy upłynęły w atmosferze wkurzenia i szarpania się z miejscowymi. Zaletą było to, że mogliśmy troszkę popatrzeć jak budzi się życie w Delhi. Po krótkim czasie znaleźliśmy jakiś tani hotelik w pobliżu, zostawiliśmy plecaki i wyruszyliśmy pozwiedzać. Pierwszym naszym celem była dzielnica rządowa, do której dostaliśmy się Tuk Tukiem (taki znany trójkołowiec w Azji). Dzielnica zupełnie inna niż, te które widzieliśmy do tej pory. Wymalowane krawężniki, przystrzyżona trawka, czysto i ładnie czyli nietypowo. A czy coś ciekawego? Po za kilkoma budynkami nic szczególnego. Następnym naszym celem było zwiedzenie podobno domu Ghandiego. I powiem, że akurat ta część była ciekawa ponieważ można było się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy na temat tego słynnego Hindusa. Qutab Minar wygląda bardzo ciekawie, pomimo iż mnóstwo ludzi odwiedza to miejsce ma ono coś w sobie. Brama Indii strasznie zatłoczone miejsce zresztą jak większość tutejszych zabytków. Miejsca na pewno warte zobaczenia a szczególnie jedno. Świątynia Akshardham zapiera dech w piersiach, miejsce gdzie wyjmowano mi nawet gumę do żucia by sprawdzić czy to coś niebezpiecznego. Osobiście nawet na lotnisku w USA nie „przetrzepano” mnie tak jak przy wejściu do tego wielkiego kompleksu. Zakaz wnoszenia czegokolwiek nawet mojego kochanego aparatu sprawił, że tylko słowami można zobrazować tą świątynię, a szkoda bo musze przyznać, że robiła ogromne wrażenie. Budowla wykonana całkowicie z marmuru o przepięknych kształtach, wykonana ręcznie, zadbana, czysta z przepięknym ogrodem. Na pewno warto ją zobaczyć, zresztą jak wszystkie zabytki, które są w Delhi. Cały dzień zwiedzania daje satysfakcje ale czasami to co jest nam oferowane na koniec sprawia, że kończymy dzień z zadowoleniem. Tak było w naszym przypadku. Kiedy już myśleliśmy, że po całym dniu biegania i podziwiania umiejętności logistycznych naszego kierowcy wrócimy do hotelu na odpoczynek – ów kierowca zrobił nam niespodziankę i zaprosił nas do swojego domu. Podróż tuk tukiem w tumanach kurzu poprzez najróżniejsze dzielnice pokazywała prawdziwe oblicze zwykłych ludzi. Krowy pałętające się sie wolno po ulicach, biegające brudne dzieciaki z bananem na twarzy i ścieki płynące kanałami robią wrażenie. Pomimo nienajlepszych warunków panujących w domu naszego kierowcy jego rodzina przyjęła nas bardzo serdecznie. Ba nawet popijaliśmy Mirinde co dla nas było zaskoczeniem:). Po tym miłych akcencie wróciliśmy do hotelu.

Jaipur

goa_6764-editar Rankiem następnego dnia z uwagi na brak wolnych biletów do Agry zdecydowaliśmy się na wyprawę autobusem do Jaipuru. Podróż szybka i przyjemna, pomimo upału autobus spełnił swoja role i nie pozwolił nam wyparować. Jaipur jest największym miastem Radżastanu z bardzo interesującą zabudową i pobliskim fortami jak Fort Amber. Stara dzielnica, gdzie budynki malowane są na różowo sprawia, iż miasto nosi przydomek „Różowego Miasta”. Pierwszą rzeczą, na której nam zależało było szybkie znalezienie kwatery na czas pobytu. Na szczęście poszukiwania nie trwały długo i po dłuższych negocjacjach zbiliśmy cenę do zadowalającego poziomu. Kwatera była z klimatyzacją, więc „byczyliśmy” się jak paniska na wielkim łożu. Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy zwiedzanie od dwóch świątyń poprzez obserwatorium, zahaczając w przerwach indyjskie knajpki. Jedna rzecz zawsze będzie mi się kojarzyć z Jaipurem, mianowicie pierwsza, życiowa podróż na słoniu:) Po mimo, iż nie jestem zwolennikiem męczenia zwierzaków to muszę przyznać, że krótki wypad na jego grzbiecie był bardzo przyjemny. Następnym naszym celem było zwiedzenie Fortu Agra – robi on naprawdę wrażenie. Bardzo ładne widoki i piękne położenie, wynagradza nam dłuższą wędrówkę pod górę. Oczywiście można dotrzeć tam na słoniach ale sam widok jak się meczą zdecydowanie zniechęca z korzystania z ich usług, wolimy z buta:).

Puszkar

img_5081 Do Puszkaru – świętego miasta Brahmy wybraliśmy się w przerwie zwiedzania Jaipuru. Targując się do upadłego wynajmujemy taksówkę z Jajpur do Puszkaru. Podróż w kolejnym „pseudo syrenowym powozie” jest jednak szybka i klimatyzowana, a kierowca może nie mówi najlepiej po angielsku ale idzie się z nim dogadać. Miasto wygląda moim zdaniem skromnie i chyba gdyby nie święto to zapewne świeciłoby pustkami. W mieście znajduje się jezioro, do którego można wejść schodami i wokół którego biegnie ulica wraz ze sklepikami i stoiskami. W czasie kiedy my jesteśmy w Puszkarze jest święto, więc liczne tłumy nawiedzają to miejsce i można powiedzieć, że jest ciasno. Można tu spotkać zarówno hindusów jak i obcokrajowców. Miejscowi próbują zwerbować turystów i za pewną opłatą dokonać obrzędów na brzegu jeziora, Mi to wygląda na klasyczne „ naciagactwo” ale i my dajemy się w to wciągnąć. Kosztuje mnie to 5$!!! No ale to już ostatni raz dałem się wrobić, tak mi sie wydaje 🙂 Po nudnawym włóczeniu sie po Puszkarze zachciało nam się spróbować czegoś nowego. No i padło na wielbłądy. Podróż strasznie nie wygodna i powiem szczerze zastanawiam się, jak nie bolą ich tyłki od jazdy na tych szczudłach. Nie mówiąc już o schodzeniu w dół, kiedy przy każdym kroku mam wrażenie, że zaraz mu sie nogi połamią i wylądujemy na glebie obydwaj. Po 2h kończy się podróż przez bezdroża Puszkaru i wracamy do Jaipuru.

Okolice Jaipur,Agry-Fatehpur Sikri

Ruiny dawnego miasta należącego do władców mongolskich dla mnie okazały sie średnio interesujące. Jedyne dwie rzeczy, które do tej pory przychodzą mi na myśl to: wielka chusta opasująca moje nogi oraz bardzo miły chłopak, który poopowiadał nam o tym miejscu z nienaganną angielszczyzną – tak mi sie wydaję jako, że ekspert w dziedzinie lingwistyki ze mnie żaden:)

Przystanek Agra

img_5427 Drogi w Indiach przynajmniej te „krajowe” wydają mi się zdecydowanie lepsze niż u nas, pomimo tumanów kurzu i nie za czystych autobusów – podróż do Agry mija całkiem sympatycznie. Biegające dzieci, na w pół pobudowane domki oraz suszone „krowie placki” to chyba najczęstszy obraz jaki nam towarzyszy do momentu wjazdu do Agry. Pierwsza rzecz za jaką się rozglądamy to oczywiście lokum. Po krótkich poszukiwaniach i negocjacjach cenowych udaje nam się zarezerwować pokój w hotelu niedaleko Agry. Standard może nie najlepszy ale kto tu szuka wygód, ważne aby mieć gdzie przekimać i wziąć prysznic. Aczkolwiek łoże hotelowe pozwala nam bez problemu spać w trójkę, wydaje się być wygodne tak łazienka to istny hardcore!!! Ale to nic nie pierwszy i nie ostatni raz, w końcu wygód tu nikt nie szuka. Po zostawieniu bagażów ruszamy w kierunku pierwszego celu – Fortu Agra. Na pierwszy rzut oka fort niczym się nie różni od Fortu Amber. Ale po chwili jednak wydaję się bardziej interesujący. Na dziedzicu jeśli mogę tak powiedzieć biega kilka małpich grup, więc staramy się raczej trzymać swoje rzeczy blisko siebie. Może i to lekka przesada ale sama myśl, że małpiszon może mi coś wyrwać, zwinąć i nie daj boże będzie to MÓJ APARAT – napełnia mnie lekką agresją, więc wolę się zabezpieczyć na wypadek takiego zdarzenia. Jedną z rzeczy, która wywołała uśmiech na mojej twarzy była postać mnicha robiącego zdjęcie telefonem komórkowy – co obrazuje jak się zmienia świat. No bo ktoby pomyślał, że mnisi używają komórek … na pewno nie ja:).Druga rzecz, która utkwiła mi w pamięci to dwie muzułmanki. Niesamowicie piękne oczy to coś na co zawsze zwracam uwagę i te kobiety akurat posiadały coś wyjątkowego w oczach – popatrzeć można aczkolwiek zdjęć nie odważyłem się robić. Za to udało mi się strzelić kilka fotek wyłaniającemu sie w oddali Taj-Mahal. Budowla ogromna i przykuwająca uwagę sprawiająca, że ma sie ochotę tam pobiec i zobaczyć ten słynny grobowiec. Ale to już jutro rano – na wschód słońca zaplanowaliśmy podróż w to miejsce ,wytrzymam, poczekam , mam nadzieje, że warto. Po dłuższym zwiedzaniu Fortu udaliśmy sie na posiłek do restauracji Maja. Jedzenie jak najbardziej pyszne, zresztą chyba kuchnia indyjska bardzo mi posmakowała to też staram się próbować coraz to nowych dań. W Agrze miałem przyjemność poprosić o coś bardzo ostrego, więc kelner przyniósł mi pokrojoną papryczkę i z ciekawością wraz z swoimi kolegami przypatrywał sie co ja z nią zrobię? A ja standardowo ku zdziwieniu wszystkich wszamałem bezboleśnie i wyszedłem:) Tyle tu piszę a nie wspomniałem o jednej bardzo dobrej rzeczy – owocach. Po mimo, iż wiele przewodników, poradników przestrzega przed owocami prosto ze straganów (możliwość infekcji) ja z czystym sumieniem mogę tak owe owoce polecić, są na prawdę pyszne i słodziutkie. Smak papai i melonów jest wyjątkowy i szczerze mówiąc już na samą myśl słodko mi się robi:) Rankiem następnego dnia pobudka o 6 rano i szybki spacerek do Taj Mahal, by zobaczyć w sumie chyba najsłynniejszy zabytek Indii. Pomimo iż bilet wydaję się bardzo drogi nie odpuszczamy, przekraczamy bramę i powoli kierujemy się ku głównemu placowi. Po kilku chwilach stajemy oko w oko z grobowcem i muszę powiedzieć, że przy takiej panującej „szarówie” spowitej mgłą, nie zapowiada to takiego piękna. Sytuacja diametralnie się zmienia kiedy na horyzoncie zaczyna pojawiać się słonce. Taj Mahal nabiera kapitalnych, złoto pomarańczowych kolorów. Pomimo, iż robi wielkie wrażenie już w porannej atmosferze to teraz mogę śmiało powiedzieć, że to co widzę to jedna z najpiękniejszych budowli jakie w życiu widziałem. Ogromny, piękny, zachwycający i to wszytko dla jednej kobiety, która podobno spoczywa w centralnej części budowy. Jedyna rzecz która, mi się nie podobała to ogromne rzesze turystów, napływające z coraz to większą siła – no ale nie ma się co dziwić w końcu to jeden z symboli Indii:) Zachwyceni widokiem i pełni entuzjazmu kierujemy się ku hotelowi. Pakujemy plecaki, wsiadamy w tuktuka i kierujemy się na dworzec kolejowy skąd ruszymy na 36 godzinną jazdę na GOA. Podróż sama w sobie nie najgorsza ale półtora dnia w ciasnym wagonie potrafi zmęczyć najwytrwalszych.

Bycie klasycznym obibokiem też ma swoej zalety-Goa

img_6809 Jak każdy mam czasami ochotę poleżeć i pobijać się. Wtedy szukam sobie miejsca by chodź na chwile odpłynąć i poczuć sie jak burżuj na hawajskich wakacjach. Dlatego też przyjechaliśmy na Goa, by chodź troszkę zasmakować takiego turystycznego lenistwa. Hotel 50 metrów do plaży, nie za drogi bo za 4$ na głowę, piękna plaża , bary, piwko, drinki i pysze morskie przysmaki, błogi stan lenistwa. Pierwsza noc – wsuwamy Snappera i moje ulubione kalmary, popijamy pysznym, świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy i zażywamy pierwszej kąpieli. Może woda nie jest taka jak w moim ukochanym Destin, ale też ciepła i co najważniejsze pływają w niej delfiny. Pierwsza noc mija szybko i z uśmiechem na twarzy wstajemy pełni energii z planem wyprawy wynajętym skuterem na południe GOA. Wszytko zaczyna się radośnie i świetnie do momentu kiedy, Aga nie wjeżdża skuterem w moją nogę. Lekko pokiereszowany wsiadam na skuter i pewny już, że nic złego się nie stanie ruszamy dalej na południe. Jak się jednak okazało – to był dopiero początek naszych problemów. Nie mija 20 minut naszej jazdy skuterami jak nagły trzask uświadamia nam z Arturem, że coś złego stało sie z Aga. Nie myliliśmy się – miała wypadek. Porozbijana w pół rozklekotanym skuterem leży na poboczu drogi. Pierwszy dojeżdża Artur i lekko opatruje Agę. Muszę przyznać, że hindusi widząc wypadek natychmiast starali się pomóc i zachęcali nas do zabrania jej do szpitala. Po krótkiej naradzie decydujemy, że Artur jedzie z Agnieszką a ja zostaję z rozbitym skuterem. Po kilkudziesięciu minutach Artur wraz z Agą wracają na miejsce wypadku. Skuter nie nadaje się do prowadzenia więc zatrzymujemy półciężarówkę i prosimy o dostarczeni nas do wypożyczalni. Po kilkunastu minutach wracamy z uszkodzonym sprzętem i nic nie mówiąc zostawiamy skutery wypożyczali. I jak to bywa w przypadku nieszczęść, idą parami. Po 30 minutach pobytu w hotelu pukanie do drzwi oznajmia nam, że to nie koniec kłopotów. Trzech młodych hindusów prosi nas o przybycie do wypożyczalni w celu wyjaśnienia co się stało. Wtedy się trochę przestraszyłem, pamiętam rozmowę Artura z właścicielem , która zakończyła się bardzo nie przyjemnie. Można rzec zostaliśmy sami z problemem. I nie ma co się oszukiwać właściciel nie wyglądał na miłego pana i myślę, że jakbyśmy nie zapłacili mogłoby się to skończyć o wiele gorzej. Na domiar złego okazało się, że uderzenie w mój skuter także go uszkodziło. No nie było wyjścia, trzeba negocjować. Po krótkiej rozmowie udało mi się uspokoić wkurzonego właściciela i doszliśmy do porozumienia, po którym uścisnęliśmy sobie dłonie i uzgodniliśmy, że zapłacimy koło 100$ za szkody. Nie zastanawiając się za długo wymieniliśmy pieniądze na rupie, zapłaciliśmy i szybkim krokiem wróciliśmy do hotelu z decyzją, że jutro spływamy stąd. Pakowanie, szybka ewakuacja do Margao i autobusem na kolejną plaże, tym razem Colva. Hotel udało nam się znaleźć bardzo szybko i nie tracąc czasu szybko ruszyliśmy na pobliskie plaże. Ręczniczek, aparacik kilka rupi i błoga kąpiel w ciemnozielonej, zmąconej wodzie – to kolejne kilka godzin pobytu na GOA. No ale jak to już bywa długie siedzenie wzmaga apetyt na coś innego więc zrywamy się i szukamy atrakcji. Wybieramy całodniową wyprawę łodzią po północnych plażach wraz z podziwianiem delfinów. I tak mija kolejny dzień, woda ,piwko, soki, żarcie i znowu woda, piwko, żarcie bla bla bla no dobra i spanie:). Następny dzień zaczynamy wcześnie rano i całą piątką pędzimy ku plaży do miejsca, z którego miał nas zabrać pan z łodzią. Podróż sama w sobie może nie jest mega wygodna ale miejsca przez nas odwiedzone mają swój urok i do tego delfiny jak zawsze piękne i sprawiające, że nie chce mi się wracać do domu. Jedną z ciekawszych rzeczy podczas naszego wypadu była plaża z pobliskim jeziorem., którego woda na powierzchni była lodowata ale wraz z głębokością jej temperatura rosła. Dla mnie to zupełna nowość, ponieważ jak przypomnę sobie moje dzieciństwo i rzekę u dziadka i tą lodowatą wodę to już mi zimno. Myślę, że nie tylko ja miałem takie odczucie, bo każdy kto zanurzał się choćby na chwile, miał ochotę zasmakować „głębokości”. Kolejne plaże były już lekko nudnawe, bo ile można siedzieć i się patrzeć bez celu na wodną pianę, chyba że wiatr tworzy fajne wzory, które można uchwycić aparatem. Po kilku godzinach powróciliśmy do hotelu, prysznic żarełko i spać. Następnego dnia udaliśmy się na największe chrześcijańskie święto na GOA. Pierwszy widok jaki się rzuca to prymitywne wieżyczki, na których wąsaci policjanci dumnie patrolują obszar, do tego setki tajniaków i policjantów pośród ludzi. Kobiety ubrane w piękne, odświętne, kolorowe stroje. Dzieciaki biegające pośród stert śmieci i my, turyści z powyciąganymi aparatami. Zwiedzamy pobliskie kościoły i ruiny podziwiając przy tym różnorodnych ludzi, jacy plączą się to tu to tam. Po całodniowym pobycie wśród takich tłumów mamy ochotę odpocząć i z przyjemnością wracamy do hotelu. Krótka drzemka, obiadek i plaża jak co wieczór. Następnego dnia udaliśmy się na spacer wzdłuż linii brzegowej w kierunku jarmarku staroci. Widoki przepiękne. Skaliste wybrzeże przepasane bujną zieloną roślinnością, nad którą królowało bezchmurne błękitne niebo. Upał, gorąco, wilgotność daje nam się ostro we znaki. Butelki wody pękają a ręka od aparatu zaczyna boleć. Po kilku godzinach docieramy na miejsce gdzie czujemy się bardziej europejsko. Dziesiątki hipisów wyglądających jakby zatrzymali się w latach 70, stragany ze starociami oraz pyszną trzciną cukrową to obraz tej małej wioski. Zwiedzamy, oglądamy i zajadamy w pobliskiej restauracji kalmary z frytkami, po czym wracamy busem do hotelu. I Znowu drzemka prysznic i wieczorna plaża. Następnego dnia jedziemy do Panaji, gdzie autobusem kierujemy się do Bombaju.

Krótko ale sympatycznie-Bombaj a włąściwie Mumbaj

img_7043 Po wielogodzinnej podróży do Bombaju jesteśmy bardzo zmęczeni, więc pierwsze co robimy to szukamy hotelu. Korzystając z przewodników szukamy jakiegoś taniego hostelu ale idzie nam to strasznie opornie. Przez przypadek lądujemy nawet w jakimś hotelu, gdzie zaoferowana cena zabija nas w ciągu sekundy. Oczywiście rezygnujemy z takich dogodności i szukamy dalej. Hotelik, w którym się zatrzymujemy może nie należy do luksusów ale posiada dwa wielkie łoża i solidny zamek, co nie wątpliwe uspokaja nas co do bezpieczeństwa pozostawionego bagażu. Wieczorny wypad na miasto i zahaczenie kilku knajpek z niesamowicie pysznym jedzeniem kończy nasz dzień w Bombaju. Następnego dnia wyruszamy pod Bramę Indii, gdzie czuję się jak małpka przez wszystkich obserwowana oraz zwiedzamy wyspę Słonia. Dostajemy się na nią jednym z dziesiątek zakotwiczonych tu statków i wraz z kilkunastoma innymi turystami dopływamy do brzegów wyspy. Pierwsza rzecz jaka mnie strasznie tu rozśmieszyła, to była łódź z dwoma hindusami, którzy najwidoczniej zaspali bo stali na środku mielizny, a druga to małpy co kradły reklamówki turystom. Z uwagi, że coś tam kiedyś czytałem o tych małych złodziejaszkach starałem się mocno trzymać aparat w ręku. Ogólnie rzecz biorąc, wyspa warta zwiedzenia, posiadająca ciekawe wykute w skale pomieszczenia z ładnym krajobrazem. Wieczorny powrót do hotelu, kolejna kolacja w przydrożnej knajpce i ostatni wypad do pobliskiego meczetu. Jutro wracamy!!
na górę

4.TEMATYCZNIE FOTOGRAFICZNIE


Ogólnie rzecz biorąc fotografowanie w Indiach nie powinno stanowić większych problemów. Hindusi zazwyczaj nie uciekają przed obiektywem ale w przypadku kobiet chyba warto wcześniej zapytać o zgodę. Ja osobiście nie spotkałem się z agresywnością wobec mnie i aparatu. Władze indyjskie natomiast zabraniają fotografowania budynków strategicznych takich jak mosty, lotniska i dworce. Zakaz fotografowania dotyczy także niektórych świątyń lub ich konkretnych części. Indie mają nam do zaoferowania mnóstwo tematów, od pięknych krajobrazów do cudownych portretów. Jeśli wybieracie się do Indii nie zapomnijcie o odpowiednim sprzęcie. Na pewno warto mieć ze sobą obiektyw o długiej ogniskowej. Pozwoli nam to zrobić zdjęcia bardziej naturalne, nie deprymujące innych. Obowiązkowym obiektywem podczas takich podróży jest szeroki kąt. Mi osobiście brakowało go podczas pobytu w Indiach. Obiektyw 17 okazał się ciut za wąski w wielu sytuacjach i musiałem się zadowolić efektem połówkowym. Rzeczą, którą niewątpliwe powinna znaleźć się wraz z aparatem jest filtr polaryzacyjny i UV. Lampa też będzie dobrym uzupełnieniem, przydatna zarówno w fotografii nocnej jak i dziennej. Z uwagi, że Indie są krajem „zapylonym” dobrym zwyczajem będzie codzienne czyszczenie aparatu. Jeśli chodzi o ocenę fotograficzną wyjazdu to musze przyznać, że pomimo iż obiektywy które posiadałem nie były najlepszej klasy to jestem zadowolony. Zdjęcia jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć znajdują się w galerii i ocenę pozostawiam już innym.
na górę

5.HISTORIA JEDNEGO ZDJECIA


img_6979 Zdjęcie wykonałem podczas festiwalu na GOA. Siedząc na ławeczce z podpiętą Sigma 70-300 obserwowałem biegające dzieciaki pośród tłumu. Uwagę moją przykuła mała dziewczynka, która bardzo energicznie biegała szturchając co raz to inne dzieciaki. Może nie byłoby nic w tym dziwnego ale coś mi kazało wpatrywać sie w to dziecko z gotowością do wykonania zdjęcia aparatem, tak jakby miało za chwile stać się coś nietypowego. Po kilku minutach gotowości dziewczynka stanęła i patrzyła się w niebo tak, jakby coś przykuło jej uwagę i pomimo iż na niebie nie znajdowało się nic szczególnego. Była to świetna okazja dla mnie do uchwycenia tej chwili. Aparat ustawiony na 190mm z przysłoną 6.3 wykonał pracę czego efektem jest fotka poniżej.
na górę

6.PODSUMOWANIE i WNIOSKI

-Indie to ogromny kraj, na który trzeba przeznaczyć dłuższy czas. Trzy tygodnie to zdecydowanie za mało, nawet na taką małą część. -Uwaga na naciągaczy taksiarzy koło lotniska.
-Pierwsze chwile w Indiach mogą nas troszkę zniechęcić ale spokojnie jest to mylne odczucie. Indie albo się kocha albo nienawidzi jak duriana:)  Ja zdecydowanie pokochałem Indie i na pewno będę chciał tu powrócić.
-Ceny noclegów w Indiach nie przekraczają 15zł za dobę.
-Do ludzi trzeba się przyzwyczaić. Są często nachalni i potrafią zmęczyć. Moją metodą na uniknięcie nadmiernego tłumu jest po prostu aparat fotograficzny. Skutecznie sprawia, że zainteresowanie moją osobą trwa chwilę.
-Targować należy się zawsze i o wszystko, włącznie z noclegiem.
-Jedzenie jest przepyszne. Stara zasada, jemy tam  gdzie miejscowi. Świeże soki i owoce są bardzo tanie i godne polecenia. Ja zachwycam się do dzisiaj Masala Dosą.
-Sprawdzonym i dobrym napojem, który ciężko  podrobić jest po prostu Coca Cola i Pepsi. Osobiście uważam, że to niezastąpiony partner podczas podróży.
-Widok krów i psów wałęsających się po drogach jest czymś normalnym i nie należy się temu dziwić.
-Transport w Indiach jest dobrze rozwinięty. Bilety należy kupić z kilkudniowym wyprzedzeniem lub zdać się na  tutejsze biuro podróży.
-Transport kolejowy należy do najwygodniejszych, tanich transportów. Bilety można kupić w kilku klasach. Dobra rada to zaopatrzyć się w łańcuch, którym zabezpieczymy bagaż. Zdarza się, że bagaż „dostaje nóg” podczas gdy my smacznie śpimy. Sprzęt fotograficzny i dokumenty trzymajmy przy sobie.
-Dzienny budżet to około 30-40 zł na osobę.
-Ceny do zabytków dla obcokrajowców są wyższe niż dla Hindusów.
-Transport po miastach – najlepiej Tuktukami, warto ustalić z góry cenę przejazdu.
-Hindusi wręcz domagają się napiwków, więc warto mieć jakieś grosze pod ręką.
-Skutery na Goa można wynająć wszędzie ale pamiętajmy o tym, że ruch w Indiach to istny chaos.
-Miasta ogólnie to brud, syf i malaria – nie warte oglądania, no ale mają zabytki, które warto zobaczyć:).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »