LAOS

laos-3 Laos – Most przyjaźni to jeden z dwóch, na całej długości Mekongu. Dla nas to symboliczny przeskok kulturowy. Z głośnej i pełnej turystów Tajlandii do kraju cichego i nie do końca skomercjalizowanego, przy tym pięknego i wyjątkowego. Gdzie stolica przypomina małe miasteczko, a koleje istnieją tylko na papierze. To nie tylko kraj przepięknych widoków, lazurowych wodospadów, krętych dróg i zielonych gór ale także ludzi, w charakterystycznych kapeluszach z koszami na plecach, spokojnych i żyjących w niespotykanym u nas tempie.

1.Narodziny Pomysłu
2.Przygotowania
3.W drodze
4.Tematycznie fotograficznie
5.Historia jednego zdjęcia

1. NARODZINY POMYSŁU


Idea połączenia wyjazdu do Laosu z Tajlandią wydawała nam się bardzo ciekawa. Po głebszych analizach stwierdziliśmy że, warto tam zajrzeć i zobaczyć jak wygląda życie w tym małym azjatyckim państwie. Poczatkowo zamiast Laosu miała być Kambodża ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na Laos. Czy warto było? Odpowiedź poniżej…

2. PRZYGOTOWANIA


Bilet lotniczy
Linie ukraińskie Aerosvit. Cena biletu wraz z ubezpieczeniem na wypadek gdyby jednak nam się nie udało pojechać 1960 zł. Kierunek Warszawa-Bangkok-Warszawa. Bilet pociągiem na trasie Bangkok- Wientian koszt około 80zł

Plan
Trasę zaczynamy od Mostu Przyjaźni do Wientian, by następnie udać się do starej stolicy Laosu- Luang Prabang

Szczepionki
Standardowo szczepionki przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu A/B , tężec , dur brzuszny, polio.

Wiza
Wiza do Laosu płatna na granicy lub w Ambasadzie Laotańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej ul. Usypiskowa 8 02-386 Warszawa. Koszt 40$

Pieniądze
W Laosie występują bankomaty, choć nie tak licznie jak w Tajlandii. Więc tak naprawdę nie jest konieczna większa gotówka. Ale jeśli już bierzemy, to dolary amerykańskie (preferowane) lub Euro.

Ubrania
Podstawowa zasada. jak najmniej. Bielizna, spodnie długie i krótkie. Kurtka przeciwdeszczowa, sandały, buty

Leki
Standardowa apteczka zawierająca opatrunki, jakieś leki przeciwko biegunce itp.

Plecak
Z uwagi, że aparat zajmuję ponad połowę mojego bagażu. Plecak jeden 80l oraz jeden 40l- 2 osoby

Sprzęt fotograficzny
Aparat: Canon 40D Obiektywy: Canon 10-22, Canon 50 1.4, Canon 70-200 4L, Canon 24-70 2.8L, filtry:UV+ Polar

Inne
Flaszeczka wódeczki na zaspokojenie potrzeb na początek w celach zdrowotnych oczywiście, moskitiera, preparaty przeciw komarom, notebook

3.W DRODZE

Wielkie brązowe błoto pod nami, szerokości naszej Wisły i my w pociągu, ślimaczym tempem przekraczamy ostatni bastion Tajlandii –Most Przyjaźni. Przed nami granica Laosu. Już sam początek zapowiada się całkiem ciekawie. Śmiech ogarnął nas na widok flagi niezapomnianego i wielkiego narodu rosyjskiego z dumnym sierpem i młotem. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się, że istnieje gdzieś jeszcze miejsce gdzie ta flaga tak dumnie prezentuję się na tle innych. Symbole komunizmu są wieczne, jak widać. Poznajemy Konrada z Izą i razem udajemy się do stolicy Wientian, a przynajmniej mamy taki zamiar. Taksówkarz, starszy pan o wyrazistych rysach pakuje nas na swoją taxi ciężarówkę i próbuje usilnie ruszyć z parkingu. Oczywiście jak przystało na przygodę musi się ona zacząć nietypowo. Stara rozklekotana ciężarówka odmówiła posłuszeństwa. Po kilku nieudanych próbach jej odpalenia, istniała szansa, że jednak zabawimy tu na trochę dłużej; przynajmniej do przyjazdu innej, sprawnej. Mimo to, humor nam dopisywał i nie było widać jakiegokolwiek zdenerwowania na naszych twarzach. Grunt to zaufać ludziom. Po kilkunastu minutach staruszek usunął usterkę i mogliśmy ruszyć w naszą pierwszą przejażdżkę po Laosie.

Wientian

W tumanach kurzu, pośród małych drewnianych domków, po drodze przypominającej mi nasze lubelskie, pędzimy pierdopędem ( czytaj: taxi ) do stolicy. Samo miasto opisywane przez wielu jak miejsce spokojne i zrelaksowane przypomina mi raczej małą wioskę, zagubioną gdzieś pomiędzy cywilizacjami. Polne drogi, małe domki przeplatające się z większymi betonowymi i to wszystko w tumanach kurzu. Co jakiś czas porozrzucane deski i ciężarówki zmierzające nad brzeg. Zwiedzanie Wientian rozpoczęliśmy od znalezienia noclegu, następnie udaliśmy się tym razem pieszo, w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Pośród tych małych różnorodnych domów, znaleźliśmy małą miejscową knajpkę, gdzie na samym wejściu wzbudziliśmy wielkie poruszenie. Drewniane, rozwalające się stoły, pokryte ceratą rodem z PRL gościły nas jako pierwsze. Miejscowi zapatrzeni w TV w odbywające się zawody kickboxingu i my wsuwający nieznane nam potrawy i delektujący się tutejszym browarem –Beerlao. Nasyceni i napici ruszyliśmy dalej kręcąc się po pobliskich uliczkach, szukając przy okazji działających bankomatów. Kupujemy colę z lodem i udajemy się do niedaleko położonej, najstarszej buddyjskiej świątyni w Wientian. Świątynia skromna, a przy tym urokliwa, otoczona pięknym zielonym ogrodem i skromni, cisi mnisi. Podobno każdy młody mężczyzna trafia tu do klasztoru. Jedni zostają a inni, po krótkiej lekcji życia duchowego zaczynają normalne, świeckie życie. Może to ma wpływ na ich pogodny charakter, jaki jest nam już dobrze znany. Podróżując dalej przez miasto, natrafiamy na wielki łuk tryumfalny przypominający ten rzymski, za którym jest wielka fontanna otoczona kolorowym ogrodem. Siadamy na pobliskiej ławeczce i delektujemy się spokojem, obserwując fontannę na tle zachodzącego słońca. Jako że, wyruszaliśmy wszyscy następnego dnia na północ Laosu potrzebowaliśmy zakupić bilety na tutejsze autobusy. W wyniku poszukiwań dowiedzieliśmy się, że w Wientian istnieją dwa różne dworce autobusowe a interesujący nas jest około 20 km od miejsca naszego zamieszkania. Kolejna pseudo taksówka i kolejna przejażdżka laotańskimi drogami w tumanach kurzu prowadzi nas na dworzec, gdzie poinformowano nas , że bilet możemy zakupić tuż przed odjazdem autobusu następnego dnia. No cóż lekko utopione pieniądze, ale przynajmniej w czasie jazdy mieliśmy okazje podziwiać życie zwyczajnych ludzi poza stolicą. Pierwszy wieczór w Laosie to towarzyska impreza. Siedzimy w pokojach, popijamy żołądkową gorzką i rozmawiamy do nocy, bawiąc się przy tym znakomicie. Następny dzień to szybkie śniadanie, znowu pseudo-taksówka, znowu te dziurawe drogi i znowu tumany kurzu i kurde znowu my uśmiechnięci, radośni jedziemy na dworzec by kupić bilety, zapakować się do autobusu i ruszyć dalej. Ruszyć ku Luang Prabang.

Ku Luang Prabang.

Kiedy jechałem ponad dobę autobusem z Nowego Jorku do Fort Walton strasznie się umęczyłem i nie pamiętałem nic szczególnego, po za kilkoma dworcami autobusowymi. Podróż po Laosie zapamiętam na zawsze i będę ją mile wspominał. Gdyby nie ta ichniejsza „piskliwa” muzyka grająca na cały regulator, przez całą noc bez przerwy – to rzekłbym że, była to idealna podróż autobusem, o ile można to tak nazwać. Laos nawet z okien autobusu jest przepiękny. Górzyste tereny, kręte drogi, rozpalają wyobraźnię, sprawiają że, ma się ochotę wysiąść i posiedzieć tu choćby kilka godzin. Zapierające dech krajobrazy i ludzie maszerujący pod górę w charakterystycznych kapeluszach i koszach na plecach. Skromne domki z palącymi się w środku ogniskami przeplatające się z domami wyposażonymi w TV, suszące się papryczki na wielkich płachtach w promieniach słońca. I te ciągłe zakręty, zakręty, zakręty. Każdy postój to okazja by popróbować miejscowych dań: suszone ryby, ryż , pieczone parówki i oczywiście grillowany szczur na patyku, a przy tym sympatyczni ludzi, którzy na każdym postoju próbują coś sprzedać. Podróż autobusem może być przyjemna i niekoniecznie męcząca – dowodem na to jest Laos:) Luang Prabang przywitał nas chłodnym wieczorem i wyjątkowym spokojem. Z plecakami, przy głównej drodze zaczęliśmy się rozglądać za jakimś tanim lokum. Nie trwało to długo i po krótkim czasie udało nam się zakwaterować w przyjemnym guesthausie –Mekong Moon Inn. Po szybkim prysznicu, głodni i spragnieni ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiegoś jadła, a że było już późno – nie było to łatwe, ale się udało. Pieczona wołowina z rosołkiem i warzywami, do tego pyszne znane już nam piwko; uwieńczyło nasz pierwszy wieczór w dawnej stolicy Laosu. Poranna kawa i wyprawa Mekongiem do grot Pak Ou okazuje się ciekawym przeżyciem. Przeszywający chłodny wiatr i turkot silnika naszej łódki, towarzyszył nam całą drogę. Mijamy co jakiś czas przybrzeżne domki i ludzi pracującym w pobliżu. Zdarza nam się zauważyć krowę płynącą z nurtem rzeki. Nie wiem czy to nowy gatunek, ale jeśli tak – to pływa do góry brzuchem. Krajobraz trójkolorowy. Brąz wody przeplatany z zieloną roślinnością na tle błękitnego nieba.. Pierwszy przystanek przybrzeżna wioska. Kupujemy flaszkę miejscowego alkoholu ze skorpionem wewnątrz, a następnie zwiedzamy wioskę, gdzie spotykamy grupę młodych mnichów pracujących przy remoncie uszkodzonej świątyni. Po dotarciu do jaskiń oczywiście dowiadujemy się o konieczności kolejnej zapłaty, co powiem szczerze trochę nas oburzyło, no ale jak już tu jesteśmy to oczywiście płacimy i podziwiamy białe jaskinie wypełnione setkami posągów Buddy. Miejsce wyjątkowe dla Laotańczyków i niestety oblegane przez turystów, aczkolwiek godne obejrzenia. Z uwagi na duży harmider wracamy szybko na łódkę i ruszamy w drogę powrotną do Luang Prabang. I znowu ten chłodny wiatr i trójkolorowy krajobraz. Z całej tej podróży (mimo, iż towarzyszył nam ciągły chłód) chyba najbardziej będę pamiętał ten spokój i radość, jaka nam towarzyszyła w podróży do i z jaskini.

Luang Prabang to niewątpliwie miasto, które oczarowuje. Popołudniowe spacery pośród kolonialnej architektury z drewnianymi domami i rozsianymi po całym mieście świątyniami sprawiają, że człowiek czuje się tu taki „spowolniony” i lekko cofnięty w czasie. Sytuacja zmienia się wieczorem, kiedy główną atrakcją miasta staje się nocny bazar usytuowany w głównej ulicy miasta. „Nocny” tylko z nazwy, ponieważ zaczyna się o godzinie 18.00 a kończy o 22.00. Sprzedaje się tu wszystko od koszul, spodni i wszelakich wyrobów z tkaniny po srebro, z którego słynie Laos. Sami zakupujemy kilka ciuchów i z radością wspinamy się na pobliskie wzgórze, by podziwiać zachód słońca nad Mekongiem. Zachód jak zachód piękna sprawa po za jedną rzeczą. Turyści, jest ich setki. Stają wszędzie gdzie się da, przepychają się aby pstryknąć kolejne zdjęcie. Strach pomyśleć co tu się dzieje, kiedy jest szczyt sezonu turystycznego. Laos się zmienia, daje się zaobserwować napływ bogatych obcokrajowców, którzy chcąc nie chcąc niszczą spokój i prostotę życia zwykłych Laotańczyków. Kiedy zamykam oczy i jestem w Laosie zawsze widzę to samo, jedno miejsce. Moje myśli wędrują do wodospadów Kuang Si położonych około 20 km od miasta. Przepiękny, około 50 metrowy wodospad rozbity na kilkanaście kaskad z błękitną wodą – zrobił na mnie ogromne wrażenie. A kąpiel i skoki z wodospadów sprawiały mi jedną z największych frajd w życiu. Może dlatego, że uwielbiam wodę a na widok lazuru ślini mi się gęba. Wspominam to miejsce wyjątkowo. Szczególnie kilka sytuacji. Pierwsza to jak mój brat Sebastian skąpał się pod wodospadem, a druga to nasze wspólne skoki na linie i z wodospadu. Była to moja pierwsza próba bycia Tarzanem, z pierwszym ostrym przywaleniem w drzewo. Wodospad także kojarzy mi się z wioską, którą odwiedziliśmy w drodze powrotnej. Mała, drewniana osada z grupą dzieciaków „biznesmenów” biegających i próbujących sprzedać plecionki. Widać, że turystyka i tu zagląda bardzo często, ponieważ niektóre, wyrafinowane dzieciaki za zrobienie zdjęć chciały już pieniądze. Mimo wszystko dzieci jak dzieci sprawiły, że i my skusiliśmy się na kilka plecionek. Koszt nie duży ale za to do dzisiaj mam tą plecionkę i pomimo, iż się trochę porwała – stanowi cenną pamiątkę z naszej podróży. Po powrocie z wodospadów udaliśmy się w kolejną podróż – do Tajlandii, ale to już dalsza historia… Tutaj wielkie dzięki za fajnie spędzony czas dla Konrada i Izy. Rozdzielamy się, nasza czwórka jedzie do Tajlandii a oni w kierunku Kambodży…

To pisałem ja Gregory:))

na górę

4.TEMATYCZNIE FOTOGRAFICZNIE


Nie spotkałem się z agresją podczas robienia zdjęć. Nie należy się bać i powinno się pytać o zgodę podczas wykonywania zdjęć. Tajowie chętnie pozują. Nie jestem zwolennikiem płacenie za zdjęcia, więc tego nie robię  – ale to już prywatna sprawa każdego z nas. Nie należy robić zdjęć ludziom modlącym się lub medytującym. Jest to niegrzeczne i moim zdaniem niepotrzebne. Przypomina mi się sytuacja kiedy byliśmy w jednej ze świątyń w Chang Mai, gdzie bardzo stary mnich medytował na podeście. Fakt wyglądał bardzo interesująco a jego rysy twarzy i spokój mogły być świetnym tematem do zdjęcia. Ale widok trzaskających pajaców z lampami, doprowadzał mnie do szału. Czasami warto trochę się zastanowić nad tym czy warto??  Dlatego stanowczo mówię NIE takim sytuacjom!! Jeśli ktoś kocha robić zdjęcia architekturze na pewno będzie miał tu pole do popisu. Przyroda także ma tu wiele do zaoferowania.
na górę

5.HISTORIA JEDNEGO ZDJECIA


0216-1 Podczas naszej wodnej przejażdżki Mekongiem wstąpiliśmy do przybrzeżnej wioski, gdzie gruba młodych mnichów pracowała nad odbudową fragmentu świątyni. Na pierwszy rzut oka nie ma nic interesującego, gdy pracuje ktoś dorosły. Ale w tym konkretnym przypadku grupę remontową stanowili chłopcy w bardzo młodym wieku, którą dowodził starszy mnich. Zapytałem chłopaka, czy mogę zrobić mu zdjęcie i po uzyskaniu zgody zrobiłem kilka strzałów. Mi osobiście podoba się bardzo to zdjęcie, gdyż obrazuje jak dzieci uczone są pracy od małego. Oddawane do klasztorów przechodzą szkolę życia. Sam wspominam czasy kiedy jako młody chłopak zasuwałem na budowach by dorobić jakieś pieniądze i wiem, że taka praca uczy bardzo dużo:)
na górę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »