LAOS’12

laos-32 Laos – To jeden z najbiedniejszych krajów Azji ale najbogatszy pod względem uprzejmości miejscowej ludności.Czas tu biegnie zdecydowanie wolniej niż w sąsiednich krajach.Przeplatany cudownymi widokami i prostotą świata staje się swoistą mekką spokoju. Przyjechaliśmy tu z wielką nadzieją że wyjedziemy tak samo zachwyceni jak ostatnim razem.

1.Narodziny Pomysłu
2.Przygotowania
3.W drodze
4.Tematycznie fotograficznie
5.Historia jednego zdjęcia

1. NARODZINY POMYSŁU


Czy macie czasami ochotę spakować się  w ciągu jednego dnia i ruszyć gdzieś, gdzie wszystko jest inne. Uciec od monotonii życia. Spróbować zasmakować innego świata. Niekoniecznie lepszego ale może innego  z ciut odmiennymi zasadami. W marzeniach szukacie miejsc w których chcielibyście się znaleźć natychmiast. Ja tak mam i często zdarza mi się siedzieć nad zdjęciami i opisami i przenosić się tam gdzie czuje się dobrze. Poczułem się dobrze dwa lata temu w Laosie dlatego postanowiłem tu wrócić. Napakowany pozytywnymi wspomnieniami z ostatniego pobytu, wróciłem tu do tego małego spokojnego kraju by odpocząć i spróbować uzyskać odpowiedzi na nużące mnie pytania…

2. PRZYGOTOWANIA


Bilet lotniczy
Linie ukraińskie Aerosvit. Cena biletu wraz z ubezpieczeniem na wypadek gdyby jednak nam się nie udało pojechać 2600zł. Kierunek Warszawa-Bangkok-Warszawa.Pociągiem do granicy z Laosem.Następnie południowym przejściem z Laosu do Kambodży.
Plan
Trase zaczynamy od granicy z Laosem. Kratie i okolice a następnie stolica kraju, wyspy i na koniec Siem Reap i okolice
Szczepionki
Standardowo szczepionki przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu A/B , tężec , dur brzuszny, polio.
Wiza
Wiza do Kambodży płatna na granicy. Koszt 20$
Pieniądze
W Kambodżt występują bankomaty, choć nie tak licznie jak w Tajlandii. Więc tak naprawdę nie jest konieczna większa gotówka. Ale jeśli już bierzemy, to dolary amerykańskie (preferowane) lub Euro.
Ubrania
Podstawowa zasada. jak najmniej. Bielizna, spodnie długie i krótkie. Kurtka przecideszczowa, sandały, buty
Leki
Standardowa apteczka zawierająca opatrunki, jakieś leki przciwko biegunce itp.
Plecak
Z uwagi, że aparat zajmuję ponad połowe mojego bagażu. Plecak jeden 80l oraz jeden 40l
Sprzęt fotograficzny -Aparat:Canon 5D III Obiektywy: Canon 17-40/4L, Canon 35 1.4L, Canon 70-200 4L, Canon 24-70 2.8L, filtry:UV+ Polar+Fader, statyw
Inne
Flaszeczka wódeczki na zaspokojenie potrzeb na początek w celach zdrowotnych oczywiście, moskitiera, preparaty przeciw komarom, netbook

3.W DRODZE

Wyglądamy na bardzo  szczęśliwych mimo że pędząca ciężarówka dostarcza nam coraz więcej pyłu na  zęby a nasze spocone ciuchy pokrywają się coraz większą ilością tutejszej ziemi. Docieramy do granicy i po krótkiej wymianie waluty delektując się klimatyzowanym pomieszczeniem bankowym ruszamy,  a właściwie po części wracamy do Laosu. W drodze poznajemy przemiłego Australijczyka  który pomaga nam w tych pierwszych chwilach na „obcej ziemi” . Obcej jak dla kogo bo dla nas to tylko kolejny powrót, tylko tym razem bardziej na południe. Dołącza do nas Michał, człowiek orkiestra. DJ o kapitalnym poczuciu humoru.  Całą paczką pakujemy się do wynajętego busa którego polecił nam ów Australijczyk i ruszamy do Pakse. LUKSUS!!!!..Klima, zimne Beer Lao tego nam trzeba było po całonocnej podróży pociągiem z Bangkoku no może po za tym, że byliśmy strasznie głodni wszytko było gites. Więc pierwszą rzeczą jaką chcieliśmy zaraz po załatwieniu noclegu zrobić to po prostu najeść się do syta. Cokolwiek aby tylko zjeść. Z załatwieniem tego pierwszego  nie było problemu, szybki prysznic i ruszyliśmy na wstępne  „oględziny”  mieściny. Pierwszym miejscem jakie nam się rzuciło na  oczy była oczywiście wielka stołówka. Wyglądem przypominała pole targowe ze stołami drewnianymi pokrytymi jakże znanymi nam obrusami z czerwono białej ceraty. Siadamy przy jednym z nich i zamawiamy u jednej z dwóch lokalnych pani zupę  i jakiegoś kurczaka. Wszystko robione na naszych oczach i niesamowicie smaczne mimo , że w pierwszej chwili wyglądem przypominało trawsko w wodzie. Pikantne ,pali.. tak dobre.. mogę powiedzieć że jestem u siebie, poczułem klimat taki jaki pamiętałem… Najedzeni  i napojeni ruszamy na pobliskie targowisko rozglądając się i wczuwając w klimat. Kierujemy się nad wybrzeże Mekongu gdzie robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć.  Generalnie jest już o dziwo późno więc mamy okazje podziwiać zachód słońca nad rzeką a następnie po długim spacerze wracamy na pobliskie targowisko i zakupujemy owoce. Naładowani pozytywną energią od miejscowych  siadamy i zakreślamy plan na następnym dzień negocjując przy tym cenę całodniowej wycieczki.

Nasz kierowca jest punktualny więc możemy rankiem  ruszyć w naszą  pierwszą podróż. Zasiadamy w naszą mini ciężarówkę i ruszamy, delektując się krajobrazem Laosu. Po drodze sączymy piwko i chłoniemy otaczający nas pył. Po  niedługim czasie dojeżdżamy do naszego pierwszego celu jakim była plantacja herbaty. Mijamy starą, zdezelowaną bramę by po chwili spotkać się z właścicielami plantacji. Parą przesympatycznych staruszków którzy po krótkiej przechadzce po polach częstują nas lokalną herbatką. Herbatka jaką się pamięta całe życie, zielona o wyrazistym smaku i pysznym smaku.  Zachwyceni trunkiem opuszczamy  i ruszamy na pobliską plantacje kawy. Plantacja sama w sobie nie zachwyciła mnie ani trochę , bardziej przypominała turystyczną wioskę, nastawioną  na szybki zysk ale muszę przyznać że kawa  była wyjątkowa, inna.Napojeni i zadowoleni ruszyliśmy naszym beczkowozem ku wodospadom mijając pobliskie wioski i machających nam  ludzi. Docieramy do miejsca w którym pierwszy z wodospadów położony jest w bardzo malowniczym miejscu.  Co działa na mnie bardzo podniecająco. Napalony z aparatem w ręku szybko kieruję się na sam dół, rozkładam statyw i zaczynam pstrykać zdjęcia z użyciem filtra fadera. Problemem jednak po chwili było to, że i ja i aparat był  mokry gdyż pobliska bryza wody nie dawała nam spokoju a ja wykąpać ze sprzętem raczej bym  nie chciał to też po kilkunastu zdjęciach powolnym krokiem oddalamy się od wodospadu , odwracając się i podziwiając jego wielkość oraz  zieleń wokół niego.Kolejny wodospad raczy nas swoja wielkością a właściwie rozpiętością.

Szeroki na kilkadziesiąt metrów, składający się z kilku kaskad do którego ostatniej prowadzi stary zdezelowany mostek, zmontowany  z palików. Droga bezpieczna ale grożąca niespodziewaną kąpielą czego ja z uwagi na plecak z aparatem chciałem uniknąć. A jak to w życiu bywa w drodze powrotnej po wykonaniu zdjęć jako jedyny zaliczam malutką wpadkę. Jakoś dziwnym trafem pod moim ciężarem łamie się poprzeczka i zaliczam delikatną kąpiel nożną. Na szczęście barierki wytrzymują mój szybki chwyt i nie wpadam więcej. To znak? odchudzanie czeka:). Mijamy mostek i lokalsa od którego  zapach palonej trawki unosi się na kilkadziesiąt metrów i wracamy do naszego kierowcy. Wracamy do miasta gdzie nasz sympatyczny kolega zabiera nas do lokalnej knajpy. Knajpka całkiem przyjemna. My i Laotańczycy. Pijemy piwko i zajadamy się żarciem, które zamówił nam nasz nowy znajomy z Laosu:) i spędzamy tak jakiś czas a następnie przenosimy się do baru obok gdzie przy muzyce i świetnej zabawie sączymy z miejscowymi piwko ciesząc się jak dzieci. Wracamy wieczorem do hotelu i udajemy się na kolację nad Mekong. Jutro wyjazd do Champasak.

Dojeżdżamy  do Champasak rankiem i lokujemy się w pierwszym lepszym hoteliku nad Mekongiem a, że wielkiego wyboru tu nie ma więc nie wybrzydzamy tylko pakujemy się do małych nieklimatyzowanych  pomieszczeń, pełnych komarów. Po krótkiej naradzie wypożyczamy rowery i ruszamy w kierunku głównego zabytku tej mieściny, pozostałości Khmerskiej świątyni Wat Phu.
Droga moją czerwoną kobzą przypominającą mi starego Jubilata jest lekką męką. Za niskie siodełko daje  się ostro  we znaki moim kolanom ale droga sama w sobie jest przyjemna. Docieramy i po zaparkowaniu rowerów ruszamy zobaczyć ruiny. Początek wydaje się troszkę nudny ale rekompensują nam to krajobrazy jakie mamy okazje podziwiać w drodze na sam szczyt ku głównej  świątyni.  Mijamy największą ruinę która podobno ma nam narobić apetytu na Angkor Wat i powolnym krokiem pniemy się po kamiennej drodze poprzez strome schody ku górze. Na szczycie podziwiamy pozostałości wypijamy napoje i strzelamy oczywiście mnóstwo fotek.  Zarówno samym sobie oraz pobliskim pozostałościom na czele z dobrze zachowanym pomnikiem Buddy.
Droga powrotna jest o niebo przyjemniejsza. Zaczynając od powolnego schodzenia po kamiennej drodze ma się wrażenie że jesteśmy gdzieś w przeszłości. Co chwilę zatrzymujemy się by podziwiać tutejsze krajobrazy  a następnie odjeżdżamy w kierunku hotelu w którym mamy przyjemność zasmakować chyba najlepszych shaków mango i bananowych jakie jedliśmy do tej pory. Kolacja nad Mekongiem, zachód słońca i dobry sen przed wyjazdem na Krainę czterech tysięcy wysp. To już jutro.

Autobus dowozi nas nad przystań gdzie  długie łodzie rozwożą turystów po okolicznych wyspach. My trafiamy na wyspę Don Det i zaczynamy poszukiwania noclegu. Kilkaset metrów od cumowania znajdujemy małe dwuosobowe Bungalowy o przyjemnym wnętrzu. Hamaki na zewnątrz tylko nam obrazują jak wygląda tutaj życie turysty. Rozpakowani, wykąpani ruszamy na podbój wysepki a właściwie barów których tutaj pełno. Znajdujemy fajną knajpkę,  którą prowadzi córka z matką. I od tamtej pory większość czasu spędzamy właśnie w tym miejscu leżąc, czytając, pijąc piwko i kawusie oczywiście w czasie gdy mamy ochotę na odpoczynek:). Pierwszy wieczór to nasz pobyt w kafejce i podziwianie zachodu słońca który potrafi być tutaj bardzo zjawiskowy. Siadam sobie na krzesełku popijam dużą kawę i staram się pomyśleć o wszystkim po trochu. Takie miejsca jak te, naprawdę potrafią zrelaksować i odciąć się od szarej rzeczywistości. Co łyk, podziwiam zmieniające się barwy nieba nad Mekongiem i rozmyślam o wszystkim. Często tak mam, że potrzebuję chwili odcięcia od wszystkiego i pomyśleć, spróbować dotrzeć do siebie samego a tu jest takie miejsce gdzie można to robić świetnie.Następnego dnia ruszamy na lokalne święto na wyspach gdzie odbywają się zawody wioślarskie. Skoro już tu jesteśmy nie sposób opuścić takiego wydarzenia, to może być świetna okazja do robienia zdjęć więc dla mnie bomba.
Przychodzimy rankiem nad przystań gdzie miał na nas czekać nasz kapitan.Wszystko fajnie tylko nasz kapitan okazał się kompletnie pijanym idiotą i do tego łódź była bez dachu, co w warunkach pogodowych groziło udarem lub jakimś większym dziadostwem. No ale nic, wsiadamy tak jak większość ,wszyscy radośni i podekscytowani i ruszamy po drodze zabierając jeszcze sympatyczną rodzinkę z Wielkiej Brytanii, którzy są już w podróży około 6 miesięcy.
Nasz osiemnastoosobowy kuter rusza na podbój Mekongu. Słońce coraz mocniej pali a my nie mamy nic co jest nas w stanie osłonić a kapitan zaczyna płynąć łódką zygzakiem co na początku było niezłym funem ale po czasie stało się irytujące. Kulminacja drogi na festiwal to moment kiedy z nagłym hukiem łódka zatrzymała się na środku Mekongu. Nasz nawigator czytaj kretyn, zawalił całym impetem w skałę. W pierwszej chwili  było śmiesznie ale po chwili dotarło do nas, że jesteśmy na środku wielkiej rzeki a łódź nie wiadomo czy nie jest rozwalona a na pokładzie są dzieciaki no i do diabła mój plecak. Po chwili jednak jeszcze lepszy widok miał miejsce kiedy wszyscy faceci wysiedli na zewnątrz łódki i zaczęli  ją spychać  ze skały. Dla innych musiał być to komiczny widok gdzie kupa białasów stoi po pas w wodzie, na środku tak wielkiej i groźnej rzeki. I walczy o przetrwanie:).

Na festiwal dotarliśmy po 3 godzinach kąpieli słonecznych i przygodach rzecznych.Można by rzec że co niektóryz byli bardzo rozpromienieni na twarzach:)) Na lądzie zastał nas wielki tłum Laotańczyków i kupa straganów z chińskim badziewiem  przeplatanych małymi stoiskami z miejscową żywnością, która nie omieszkaliśmy spróbować. Po dłuższej przechadzce znaleźliśmy miejsce do podziwiania regat a ja zaopatrzony w teleobiektyw udałem się na drewniane konstrukcje które znajdowały tuż nad brzegiem i zacząłem strzelać fotki. Same regaty są bardzo ciekawe i widać zaangażowanie zawodników. Miałem to szczęście, że stałem bardzo blisko miejsca powrotu łodzi po wyścigu więc mogłem zaobserwować te zmęczone ale szczęśliwe twarze. Po kilku wyścigach i kartą pamięci pełną zdjęć, udaliśmy się na spacer po okolicznych bazarkach, zakupując słomiane kapelusze i poszukując lokalnego żarcia. Trafiliśmy do małej knajpki gdzie zjedliśmy lokalną zupę. Smakiem przypominającą nasz rosół ale zdecydowanie ostrzejszą.Z uwagi że robiło się późno, a pływanie po Mekongu nocą jest raczej awykonalne, umówiliśmy się z kapitanem, że o godzinie 15 wyruszymy w drogę powrotną. Jakże niemiłym zaskoczeniem był moment dla nas wszystkich kiedy wsiedliśmy do łodzi a nasz „kapitan imbecyl” był jeszcze bardziej pijany niż w drodze na festiwal.
Droga powrotna to istna makabra, nie dość że co jakiś czas łódka psuła się i kręciła w kółko to jeszcze nasz imbecyl wyskoczył na chwile na brzeg i napił się piwka. Oczywiście niby wysiadł po jakieś części do silnika czy steru, który po uderzeniu co jakiś czas odmawiał posłuszeństwaa nie omieszkał chlupnąć co nie co. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że patrzyliśmy na jego małego syna, który był bardziej przerażonym tym co się dzieje niż my. Zdenerwowanie pojawiło się w momencie kiedy zaczęło się robić ciemno , a w łajbie przecież były dzieciaki. Po krótkich naradach postanowiliśmy, że wysiadamy przy najbliższym brzegu. Pijany jak bela, idiota po krótkich namowach dowozi nas do najbliższego brzegu i ruszamy do pobliskich zabudowań w celu poszukania pomocy. Miejscowi okazali się fantastycznymi ludźmi. W ciągu kilkunastu minut zorganizowali nam transport do przystani.Zapakowani na dwie ciężarówki szczęśliwi, że koszmar się skończył udaliśmy się do miejsca z którego ruszyliśmy na wyspy.Tutaj ludzie po raz kolejni okazali się pomocni i za drobną opłatą zorganizowali nam transport rzeczny nocą na Don Det. Jakież nasze zdziwienie było kiedy po dotarciu na wyspę zobaczyliśmy naszego imbecyla. Który w sposób agresywny zaczął pokazywać swoje niezadowolenie, wymachując przy tym ostrymi narzędziami i grożąc co niektórym. Po zażegnaniu niebezpieczeństwa udaliśmy się z zaprzyjaźnioną Brytyjską rodzinką do naszej knajpki gdzie spędziliśmy super wieczór, popijając lokalny bimberek i piwko.

Następnego dnia ruszyliśmy wypożyczonymi rowerami na sąsiednie wyspy aby obejrzeć wodospady na Mekongu. Sama droga jest bardzo przyjemna. Mamy okazję podziwiać tutejsze domostwa a na lokalnym małym bazarku kupujemy kokosy i delektujemy się smakiem świeżego mleka. Po dotarciu nad wodospady jesteśmy wszyscy zgodnie zachwyceni miejscem i zaczynamy ostre fotografowanie. Ja biegający ze statywem i co chwile coś zmieniający, wyglądam jak Japończyk pstrykający gdzie się da i co się da. Po sesji fotograficznej udajemy się na niższe kaskady gdzie zażywamy kąpieli w Mekongu. Woda ciepła ale nurt bardzo silny toteż jedyne miejsce dozwolone do pływania znajduje się w zatoczce  otoczonej siatką. Po kilkunastu minutach naładowani energią Mekongu udajemy się w drogę powrotną, podziwiając lekki zachód słońca. Wieczór spędzamy  w naszej knajpie. Popijając piwo i czekając na jutro… kierunek Kambodża
na górę

4.TEMATYCZNIE FOTOGRAFICZNIE


Dla mnie wyjazd ten był swoistym testem mojego nowego sprzętu, więc starałem się robić zdjęcia wszędzie i wszystkiemu.Statyw węglowy okazał się bezcenny a zakup nowej 35mm był strzałem w dziesiątkę. Nie mówiąc o aparacie który znakomicie sprawował się podczas całego wyjazdu. Jeśli natomiast chodzi o samo robienie zdjęć to pełen luz. Ludzie są przyjemni i życzliwi.Nie ma problemów z zapytaniem się o możliwość wykonania fotografii. Nie zdarzyło mi się aby ktoś odmówił, więc mogłem podchodzić bardzo blisko nie bojąc się o reakcje ludzi. Przyroda jest piękna ale jak to bywa w tym rodzaju fotografii trzeba by kilkanaście razy przychodzić w dane miejsce by uzyskać to co się naprawdę chce a z uwagi na brak czasu trzeba było korzystać z warunków pogodowych jakie dała nam matka natura.Dla mnei to nei problem wkońcu jestem tylko amatorem hobbystą:)

na górę

5.HISTORIA JEDNEGO ZDJECIA


laos2-4-3 Kiedy udaliśmy się rowerami w kierunku wodospadów na Mekongu zachaczylismy mały bazarek po drodze gdzie smakowaliśmy mleczka kokosowego ze świeżych owoców rozmawiając przy tym z Laotańczykami.Do okoła nas biegały dzieciaki a że są one wdzięcznym tematem do zdjęć wyjąłem aparat i zacząłem im robic zdjęcia.Umorusane, wsuwające kokosy wyglądały na bardzo szczęśliwie i do tego te oczy.Nie mogłem sie oprzeć aby nie porobić im zdjęć z bliska.Efektem było kilkadziesiąt zdjęć ale szczególnie w pamięci zapadła mi ta dziewczynka o nieskazitelnych czarnych oczach i słodkiej pięknej twarzy.Szczęśliwa ale i zainteresowana aparatem pozowała jak mało które dziecko. Zdjęcie wykonałem Canonem 5dIII z podpiętą 35mm.
na górę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »