TAJLANDIA

taj12-9 Tajlandia- Kiedy zapragniesz zasmakować najlepszego jedzenia, kiedy marzysz o pięknych kobietach i cudownym masażu. Kiedy nie boisz się spróbować nowych owoców. Kiedy marzysz o czystej błękitnej wodzie i zielonych dzikich lasach to powinieneś koniecznie tu zawitać. Przybyć, zbadać i ocenić Tajlandię.

1.Narodziny Pomysłu
2.Przygotowania
3.W drodze
4.Tematycznie fotograficznie
5.Historia jednego zdjęcia

1. NARODZINY POMYSŁU


Zastanawialiście się kiedyś do kogo można porównać włoczykija? Bo ja ostatnio stwierdziłem, że jesteśmy jak bakterie. Szukamy celu , planujemy i atakujemy by po czasie znów przejść w stan uśpienia i w oczekiwaniu na następną ofiarę. Czekamy, czekamy.
Tajladnia była takim celem a Laos przypadkową ofiarą naszego „bombardowania”. Po kilku wstępnych analizach udało się. Jako że, kultura krajów azjatyckich jest bardzo stara, będzie ona stanowić łatwą pożywkę dla nas, „bakterii”. Pozwoli nam się bez problemu rozprzestrzenić. Poznać, spróbować by ocenić czy warto.

2. PRZYGOTOWANIA


Bilet lotniczy
Linie ukraińskie Aerosvit. Cena biletu wraz z ubezpieczeniem na wypadek gdyby jednak nam się nie udało pojechać 1960zł. Kierunek Warszawa-Bangkok-Warszawa.

Plan
Pierwszy dzien Bangkok. Nastepnie kilka dni Laos. Powrót na północ Tajlandii. Na końcu jakieś wyspy na południu kraju.

Szczepionki
Standardowo szczepionki przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu A/B , tężec , dur brzuszny, polio.

Wiza
Wize do Tajlandi można załatwić na dwa sposoby. Pierwszy i najlepszy to darmowa wiza do uzyskania w Ambasada Królestwa Tajlandii ul. Willowa 7 00 – 790 Warszawa.
Uprawnia nas do 4 wjazdów do Tajladnii. Druga to mniej opłacalna- płata na lotnisku.

Pieniądze
W Tajlandii nie ma problemu z bankomatami. Więc tak naprawdę nie jest konieczna większa gotówka. Ale jeśli już bierzemy, to dolary amerykańskie lub Euro.

Ubrania
Podstawowa zasada. jak najmniej. Bielizna, spodnie długie i krótkie. Kurtka przecideszczowa, sandały, buty

Leki
Standardowa apteczka zawierająca opatrunki, jakieś leki przciwko biegunce itp.

Plecak
Z uwaagi że aparat zajmuję ponad połowe mojego bagażu. Plecak jeden 80l oraz jeden 40l- 2 osoby

Sprzęt fotograficzny
Aparat:Canon 40D Obiektywy: Canon 10-22, Canon 50 1.4, Canon 70-200 4L, Canon 24-70 2.8L, filtry:UV+ Polar

Inne
Flaszeczka wódeczki na zaspokojenie potrzeb na początek w celach zdrowotnych oczywiście, moskitiera, preparaty przeciw komarom, netbook

na górę

3.W DRODZE

Bangkok po raz pierwszy

Tajlandia – Durian!!. Tak to tu można zasmakować wszech króla wśród owoców – jak mawiają Tajowie. To tu można spróbować najlepszej kuchni na świecie. To tu można rozkoszować się masażem na tle błękitnej laguny. I wreszcie to tu udało nam się dotrzeć. Rankiem pierwszego dnia docieramy z lotniska do dworca kolejowego, gdzie mamy spotkać się z moim bratem Sebastianem i jego dziewczyną – Magdą. Zmęczeni po całonocnej podróży, zostawiamy plecaki w przechowalni bagażu i ruszamy na zwiedzanie Bangkoku. Mamy czas do wieczora. Z uwagi na panujący upał już rankiem zahaczamy najbliższy sklep i zaopatrzeni w wodę ruszamy na podbój Bangkoku. Kierując się w stronę rzeki odwiedzamy naszą pierwszą buddyjską świątynię. Zdejmujemy buty jak zwyczaj nakazuję i w ciszy udajemy się do wnętrza. Świątynia przepięknie ozdobiona, z wielkim złotym posągiem na środku i miłym w dotyku, czerwonym dywanem. Siadamy, podziwiamy piękno i spokój panujący w świątyni. Powiem szczerze, że samo przebywanie w takim miejscu uspokaja, wycisza i zaczyna mi się tu podobać. Pełni zachwytu i oczarowani nowym miejscem ruszamy dalej, pijąc co trochę kolejną partię zakupionej wody i poszukując czegoś do jedzenia. Pierwszy posiłek to drobna przegryzka w postaci pieczonego kurczaka z ryżem zakupiona na pobliskim straganiku. Następnie udajemy się do jakiegoś miejscowego bufetu, gdzie za pieniądze dostaje się talony, które następnie zamieniamy na dania. Wybieramy Pad Thai. Danie pod każdym względem perfekcyjne. Ostro słodko słony smak przypada nam do gustu i do tego te kluski, coś fantastycznego – z każdą chwilą zaczyna mi się tu podobać coraz bardziej. A że najedzony Polak to dobry Polak pełni pozytywnych myśli kierujemy się do „Snake Farm”. I tu od razu przestrzegam: program denny, tandetny i nie warty naszych pieniędzy, kolejny wychwalany przez przewodniki spektakl okazał się totalnym niewypałem. Do Wat Pho docieramy transportem rzecznym. Wszystko wyglądałoby normalnie, gdyby nie padający od dłuższego czasu deszcz, który spowodował, że mogliśmy podziwiać zapory z worków z piaskiem na brzegach rzeki; gdzie gdzieniegdzie przeciekających i podmywających przybrzeżne domki i targowiska. Po 10 minutach przejażdżki docieramy do przystani i człapiąc po workach i deskach docieramy na brzeg kierując się w stronę Wat Pho. Sam kompleks świątynny jest bardzo obszerny, a leżący Budda to ogromny posąg wielkości świątyni. Przepiękne, wysokie, mozaikowe wieże przeplatają się z mniejszymi tworząc niepowtarzalny klimat i do tego mnóstwo turystów. Ciekawe posągi, rzeźby, budowle sprawiają, że jest to jedno z najciekawszych miejsc, jakie się widzi w Tajlandii. W szczególności pamiętam dwie rzeczy: leżącego Buddę, który naprawdę robi wrażenie i małą świątynię, w której byliśmy świadkami jakiejś ceremonii, w której na środku stała wielka złota taca. Następny przystanek to oczywiście Wat Arum. Miejsce idealne na podziwianie panoramy miasta. Budowla przypominająca wielkie kambodżańskie świątynie o niesamowicie stromych schodach. Samo wychodzenie może nie jest tragiczne ale schodzenie z plecakiem pełnym sprzętu jest już makabrą. Chwila nie uwagi lub awaria zamka w plecaku i cały sprzęt leci w dół, na naszych oczach roztrzaskuję się. Sam schodziłem bokiem, a że nie jestem pewien jakości mojego wysłużonego plecaka, to modliłem się tylko o to by się zameczek nie otworzył, bo jeśli tak to będę obserwował jak moje cudo rozkłada się na czynniki pierwsze. Ale daliśmy rade; ja i mój plecak nie mówiąc o Magdzie, która zdecydowanie szybciej poradziła sobie z tym stromym zejściem. Popijając zawartość kokosa zmęczeni udajemy się na piechotkę w stronę dworca kolejowego i powoli myślami jesteśmy już w drodze do Laosu. Zabieramy plecaki i oczekujemy na pociąg, jak setki innych turystów leżąc i obijając się na podłogach dworca. To tutaj jesteśmy świadkami czegoś niespotykanego w innych miejscach. Codziennie punkt godzina 18 wszyscy wstają na baczność poganiani przez policjantów i słuchają hymnu tajskiego. Ogólnie coś bardzo dziwnego, ale zarazem ciekawego. Wyobrażacie sobie w Polsce czas kiedy wszystko zamiera i wszyscy na baczność słuchają Mazurka? Co najmniej dziwne i niewykonalne a tu jak najbardziej TAK!!. Wszyscy, nieważne czy turysta czy nie. Stoją grzecznie i wsłuchują się w hymn. W tym momencie odczuwa się taką wewnętrzną pauzę, świat się zatrzymuje by po chwili ruszyć dalej, tak jakby nic się nie wydarzyło. Dziwne, inne ale bardzo patriotyczne, takie nie nasze

Chang Mai

Do Tajlandii powróciliśmy po kilku dniach pobytu w Laosie i udaliśmy się na jej północ a konkretnie do Chang Mai. Sama droga z granicy do miasta to czysta przyjemność i taki mały szok. Mianowicie drogi i samochody . Ja nie wiem, ale widziałem dobre drogi i fajne bryczki i tak się zastanawiałem gdzie jest nasza Polska, bo patrząc na to mam wrażenie, że jesteśmy daleko w czarnej „pip pip”. Na miejscu czekali już na nas znajomi, którzy zarezerwowali nam już hotel, więc odpadła nam przyjemność poszukiwania noclegu. Po szybkim prysznicu skierowaliśmy się do restauracji innej niż wszystkie w tej okolicy – sieciówki, która występuje chyba na całym świecie. Jej nazwy nie podam, ale hamburgery są tak samo dobre jak u nas może ciut inne ale dobre. Misja spełniona. Rankiem następnego dnia pyszne śniadanie i mocne postanowienie powłóczenia się po świątyniach w Chang Mai. W tym celu wynajmujemy małego busa z kierowcą, który obiecuje nas zabrać ciekawe miejsca, które nie zawsze są opisane w przewodnikach. I tu watro zaznaczyć, że cena jaką zażyczył sobie kierowca to tylko „sugestia” i trzeba się targować. Nam udało się zbić koszty o 40% – bu u Magdy niespodziewanie (chyba po raz pierwszy w życiu) ujawniła się natura handlarza. Kolorowe, bogato złocone, okazałe budowle, tłumy turystów i my spragnieni wrażeń. Mnie osobiście po dłuższej wędrówce nachodzi taka myśl, że wszystko to jest na jedno kopyto. Wielkie posągi Buddy, podobne miękkie dywany i schematyczna stylistyka. Są jednak rzeczy, które w szczególny sposób przypominają mi konkretne świątynie. Jedną z nich była postać Mnicha, którego postanowiłem poobserwować kilkanaście minut. Mnich jak mnich – starszy pan, odziany w pomarańczowe szaty o bardzo wyrazistych rysach, z okularami na nosie, przypominający troszkę Dalajlamę; siedział jak skała na swoim piedestale otoczony świeczkami i lampkami. Fascynująca postać, której spokoju nie był w stanie zakłócić kolejny, kretyński turysta walący lampami błyskowymi po oczach, nie szanujący medytacji i spokoju tego starszego pana. Czasami się zastanawiam kto wpuszcza takie bydło do świątyni. Przynajmniej wyłączcie lampy błyskowe, kiedy robicie zdjęcia w takich sytuacjach. Podczas odwiedzin kolejnych świątyń miały miejsce nieplanowane przez nas postoje w drogich sklepach z biżuterią i jedwabiem. Klasyczny zabieg każdego kierowcy. Ale z racji tego, że kierowca oznajmił nam wprost, że dzięki temu ma extra pieniądze – postanowiliśmy mu pomóc i odbyliśmy dwie bardzo krótkie (pięciominutowe) wizyty w sklepach. Rzeczy piękne ale kosztowne, jednym słowem nie dla nas. Za to niesamowitym przeżyciem był dla nas trekking, na który udaliśmy się następnego dnia. Pierwszy etap to pogawędka z miejscową policją turystyczną, zakupy na pobliskim targu i pobyt w małym, motylowym zoo. Początek trekkingu to spacer lekko wspinaczkowy zakończony przy przystani, z której mieliśmy się udać na przejażdżkę słoniami. Ja już podróżowałem na tych kłapouchych zwierzakach, więc nie było to dla mnie wielkie przeżycie. Nasz słoń nie był zaopatrzony w belkę zabezpieczającą przed wypadnięciem z kojca, więc cała moja podróż wyglądała jak walka o życie. Plecak ze sprzętem, aparat w ręku i ciągła walka przed wylądowaniem pod stopami słonia. Robienie zdjęć w takich warunkach jest po prostu niewykonalne. Ostrości tragedia. Magda zdecydowanie nie podzielała moich odczuć. Usadowiona na szyi pupila (zgłosiła się na ochotnika, żeby jechać na szyi słonia) wyszczerzona, uśmiechnięta z całą pewnością miała duża frajdę z tej przejażdżki. W końcu to była jej pierwsza podróż na czymś tak wielkim. Czas trwania marszu to około 40 min, co oczywiście miało się nijak do tego jak nas informowano, zapewniając o co najmniej 1h podróży. No ale raz warto to zrobić, aczkolwiek tylko raz, ponieważ widząc te zwierzęta czuje się wielki smutek. Są jak maszyny wykorzystywane przez ludzi, nic z tego nie mają robiąc to w kółko całe dnie, tygodnie. Dalsza droga to czysta trekkingowa przyjemność. Zielone lasy, strumyki i litry potu wylane podczas marszu – to coś, na co większość z nas czekała. Niesamowicie zmęczeni docieramy w końcu do naszej pierwszej wioski – Wioski Czarnych. Możecie mi wierzyć lub nie ale pierwszą rzeczą o jakiej chyba większość pomyślała było wskoczenie do jakiejkolwiek wody i obmycie się z tego całego syfu, który na nas powstał podczas wędrówki. Zostaliśmy zakwaterowani w domku na palach, który składał się z trzech części. Pierwsza to taras widokowy na dolinę z paleniskiem i ławeczkami. Druga to przedsionek a raczej stołówka na 10 osób, wyłożona dywanami do siedzenia. Trzecia to sypialnia z rozwieszonymi moskitierami i materacami. A wszystko to wykonane z bambusa, pełne przewiewnych przestrzeni. Jednym słowem cudo No ale jak już wspominałem, marzeniem było to coś na kształt prysznica. Więc szybko udajemy się do pobliskiej chatki, gdzie zamontowano pseudo prysznic i toaletę. Wszystko jak najbardziej ok., tylko jedno: woda. Tak zimna, że można dostać zawału, ale za to tak orzeźwiająca, że masakra. Szybki a dokładnie błyskawiczny prysznic sprawia, że pierwszy raz kobieta spędza w łazience dosłownie chwilę. Jak widać są zalety takiej łazienki hehehe. Wieczór w wiosce to spacer i kolacja przygotowana przez naszego przewodnika Woodego. Najedzeni (przepyszną zupą z red curry i małymi „tajskimi dyniami” – niebo w gębie) i zmęczeni, spędzamy czas przy palenisku. Paląc ognisko pośród wszech panującej ciemności rozmawiamy, śmiejemy się i podziwiamy nieskazitelne, usłane gwiazdami niebo. Kiedy większość z nas idzie spać, ja pozostaję z przewodnikiem i rozmawiamy sobie po przyjacielsku o tym jak się żyje w Tajlandii i w Polsce, o marzeniach i przyszłości. Siedzimy, gaworzymy i delektujemy się absolutną ciszą w środku dżungli.

Pierwsza noc spędzona razem przebiega bardzo spokojnie. O dziwo nikt nie chrapał, co w przypadku zmęczenia mogłoby nam dać w kość. Wtuleni pod dwoma kocami spaliśmy bardzo dobrze a przynajmniej ja. Rankiem wyruszyliśmy zwiedzić wioskę i popstrykać kilka zdjęć. Co do zdjęć, za dużo ich nie było, ale za to mogliśmy pograć z miejscowymi dzieciakami w piłkę. Taki mały rozruch przed kolejnych całym dniem marszu. Droga w początkowej fazie przebiegała wzgórzami, gdzie mogliśmy podziwiać krajobraz górski oraz uprawy ryżu, by następnie wejść na ścieżki zanurzone w otaczającej nas zieleni. Pierwszy przystanek to wodospad, w którym postanawiamy wziąć kąpiel. Woda zimna jak pod pseudo prysznicem i do tego ta ogromna siła, która momentalnie sprawiała, że znajdowaliśmy się pod wodą. No ale warto było. Chwila zabawy w wodzie to lekkie orzeźwienie i rozluźnienie. Zmoczeni i szczęśliwi zajadamy się obiadkiem przygotowanym w liściu bambusa a następnie ruszamy dalej. Kolejny przystanek to wodospad. Większy i zimniejszy. Miejsce, gdzie w dżungli można kupić kawę i coca cole. Śmieszne ale prawdziwe – biznes dociera i tu. Ostatni nocleg spędzamy w bambusowym domku umiejscowionym blisko potoku i małego wodospadu. Pierwsza rzecz (po zakończeniu wędrówki) to standardowo szybki prysznic, który znajdował się w stojących na uboczu dwóch bambusowych szałasach, przypominającym latryny. Zasilany wodą z pobliskiego potoku tak samo orzeźwiający i tak samo zimy jak poprzedni. Po zjedzeniu kolacji spędziliśmy wolny czas przy ognisku bawiąc się światłem i fotografią oraz popijając tajski bimberek. Z uwagi, że obozowisko znajdowało się w pobliżu potoku noc była trochę zimniejsza od poprzedniej, ale „w tak świeżym powietrzu” śpi się wyśmienicie. Absolutna cisza poza szumem biegnącej wody w potoku daje komfort błogiego snu. Ranek to dodatkowo śpiew miejscowych ptaków. Śniadanie i ostatnia cześć wyprawy to rafting. Rafting to coś czego spróbowaliśmy po raz pierwszy. Wyposażeni w kapoki, hełmy i wiosła, po krótkim przeszkoleniu zasiadamy w pontonie i z nurtem rzeki ruszamy po przygodę. Początkowo płyniemy delikatnie coraz to machając wiosłami, gdzieniegdzie ponton podskakuje a górska woda oblewa nas swoim zimnym strumieniem. Podróżujemy z dwoma sympatycznymi Hiszpanami. Najzabawniejsza sytuacja podczas raftingu to niewątpliwie nagły „wystrzał” w powietrze dziewczyny z pontonu, który płynął przed nami. Ewolucja rodem z cyrku, przypominająca salto zakończone czystym skokiem do wody. Na szczęście szczęśliwie zakończona bez uszczerbku na zdrowiu. Zaraz po raftingu doznaliśmy czegoś co przypomina błogi spływ. Mianowicie spływ tratwą – krótki, nudny i dobrze, że szybko się skończył. Późnym popołudniem wróciliśmy do Chang Mai. Po ponownym zakwaterowaniu w naszym hostelu, udaliśmy się na największy targ nocny na ulicach Chang Mai. Wyobraźcie sobie zamknięte śródmieście w Warszawie i rozstawionych na każdym możliwym skrawku handlarzy. Można tu kupić wszystko w przystępnych cenach. Spędzamy tu kilka godzin rozglądając się za prezentami dla rodzinki i jedząc miejscowe przysmaki. Jako, że zakupy to dla mnie męka pełen złości i frustracji krążę od stoiska do stoiska. Targowanie się to oczywiście stały zwyczaj, bez którego nie można tu nic kupić. Sama przyjemność. Tłumy ludzi przelewają się miedzy sobą jak rzeka, każdy coś kupuje, je, targuje. Cały targ kończy się koło północy, więc i my wracamy by odpocząć przed następnym dniem. Podczas pobytu w Chang Mai każdą wolną chwilę, która nie była zagospodarowana na zwiedzanie czy degustowanie miejscowej kuchni spędzaliśmy na masażach. Masaż olejkami – bardzo zmysłowy i kojący oraz masaż tajski – doskonały na obolałe od wysiłku mięśnie, to coś czego należy koniecznie zaznać będąc w Tajlandii i to wielokrotnie. Koszt takiej przyjemności jest bardzo niski (równowartość około 20 PLN za godzinę) a jakość doskonała, człowiek czuje się po jak nowonarodzony !!! Następnego dnia wybraliśmy się na mała podróż skuterami po okolicach Chang Mai. Lewostronny ruch, pędzące skuterki i te serpentynki prowadzą nas do świątyni Wat Phra That Doi Suthep. Wielkie, strome i długie schody widą na szczyt wzgórza, na którym możemy podziwiać przepiękną świątynię, przypominającą górę złota. Podziwiamy panoramę oddalonego Chang Mai oraz pozłacane posągi Buddy. Dziesiątki pozostawionych butów obrazują ilość ludzi wewnątrz kompleksu. Mnisi przechadzający się po granitowych płytach, chętnie pozują do zdjęć i te różowe kwiaty. Przyjemnie i czysto, a w pobliżu posągów modlitewnie i spokojnie. W drodze powrotnej zahaczamy jeden z małych wodospadów. Osobiście nie polecam – strata czasu i pieniędzy. Po powrocie oddajemy skutery pakujemy się i ruszamy na wyspy. Po obejrzeniu prognozy pogody (wówczas w Tajlandii szalały powodzie) udajemy się przez Bangkok na wyspę Ko Samui.

Wyspa Ko Samui

Pociągiem jedziemy do Surat Thani a następnie promem płyniemy na wyspę. Pierwsza rzecz jaką mamy w planach to oczywiście znalezienie noclegu. Udajemy się taksówką w tę część wyspy, gdzie podobno jest ładna plaża i najtańsze noclegi. Poszukiwania idą topornie a wszystko przeplatane drobnym deszczem, który nas nagle przywitał i widok pozalewanych gospodarstw nie napawa nas optymizmem. Mimo wszystko nie poddajemy się i udaje nam się znaleźć dwa domki niedaleko plaży przy jednej z głównych ulic w tej części wyspy. Lokum całkiem przyjemne i za przyzwoitą ceną, ale niestety z największa wadą – plaża wygląda jakby przeszedł tu huragan. Kupa syfu, kokosów i gałęzi zniechęca nas tak szybko, że postanawiamy poszukać czegoś innego. Część z nas zostaje w pokoju a część udaje się wypożyczonymi skuterami na kolejne poszukiwania. Po jakimś czasie powracają z dobrą nowiną. Mamy nocleg. Pakujemy się, zabieramy wpłaconą kaucję za obecne lokum i udajemy się do nowego. Hotel (zbiór domków letniskowych – bungalowy) znajdujący się niedaleko lotniska, o bardzo dobrym standardzie i miłej obsłudze. Dookoła bary, knajpy i oczywiście sklepy. Pytanie tylko jak plaża. Z niecierpliwością biegniemy a właściwie idziemy około 15 metrów od naszego domku i kierujemy się ku niej. Widok co najmniej zachwycający. Niebiesko błękitna woda, czysta plażą – to jest to czego szukaliśmy. Taki nasz mały raj. Pierwszy nasz dzień to oczywiście poszukiwania dobrej knajpki. Okazuje się, że mamy blisko siebie dwa takie lokale, co nas bardzo ucieszyło. Najedzeni udajemy się na spacer rozpoznawczy w kierunku wielkiego posągu Buddy. Po drodze mijamy szereg barów, w których o dziwo nie ma mężczyzn, no może po za ladyboyami. Wszyscy nas zachęcają do wejścia z uwagi na pustki, no ale nie ma co się dziwić, sezon jeszcze raczkuje. Wieczorem wynajmujemy skutery i udajemy się w okolice lotniska, aby obejrzeć z bliska lądowanie i starty samolotów. Osobiście byłem lekko zawiedziony, gdyż myślałem, że efekt jest dużo bardziej okazały a przynajmniej tak był opisywany przez innych. Efekt jest taki, że fajnie ale szału nie ma. Następnego dnia udaliśmy się całą grupą na zwiedzanie wyspy skuterem. Trzy pędzące skutery i my w kaskach przypominających kurze jajo mkniemy poprzez wyspę, odwiedzając po drodze zoo a właściwie jego bramy, gdyż cena za wejście była lekko przesadzona i kilka miejsc widokowych. Najfajniejszym elementem naszego „pędzenia pierdopędami” był największy wodospad na wyspie. Początkowa wędrówka do punktu startowego odbyła się skuterami. Na miejscu oczywiście szereg atrakcji turystycznych. Od jazdy samochodami terenowymi po słonie, a w szczególności można było zobaczyć dzikie koty ale o tym później. Droga ku górze jest stroma, śliska, poprzecinana co jakiś czas pędzącym strumieniem wody.
Kiedy docieramy na sam szczyt czeka na nas niespodzianka –niesamowity widok. W trakcie wykonywania zdjęć zauważamy lekkie zaciemnienie na niebie za szczytem, co w naszym mniemaniu oznacza delikatnie mówiąc kapuśniaczek. Decyzja jest bardzo szybka – uciekamy (nie z obawy o siebie – z cukru nie jesteśmy, ale o sprzęt…) Jak się wkrótce okazuje uciekamy bezsensownie, gdyż w ciągu kilku chwil zaczyna tak lać, że jedyną sucha rzeczą, którą miałem był portfel głęboko umiejscowiony w plecaku. Najważniejsza rzecz to oczywiście chronić aparat przed deszczem. Worek na śmieci to najlepsze zabezpieczenie plecaka!!. Początkowe szybkie schodzenie w dół przerodziło się w powolny marsz ku najbliższej zabudowie. Trwało to może 20 minut, ale wystarczyło aby te piękne, spokojne potoki zamieniły się w brudna, zabłoconą, pędzącą, rozszalałą wodę. Szliśmy spokojnie, niewzruszeni i przemoczeni do cna ale z uśmiechem na twarzy – bo tak ulewnego deszczu a w jego rezultacie trudnych warunków terenowych jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy i było to całkiem ekstremalne doświadczenie Zaraz po zakończeniu ulewy wracamy do punktu startowego, gdzie znajduje się wiele atrakcji dla turystów; część z nas postanowiła sobie zrobić zdjęcia z małym lampartem i tygrysem. Jakkolwiek lampart był mały i spokojny o tyle 4-miesieczny tygrys to wyrośnięty diabełek, czyste ADHD. Zwierzę bezgranicznie piękne, o wielkich brązowych oczach i miękkim, delikatnym futrze. Pierwsze skojarzenie Magdy, gdy zobaczyła tygryska – kot ze Shreka (te same oczy ) – rozbrajający. Wadą tego wszystkiego jest to, że zwierzęta te żyją w klatkach zdecydowanie za małych by mogły się swobodnie poruszać, z dala od swoich rodziców, bezwzględnie wykorzystywane przez ludzi. Ja i Magda nie jesteśmy zwolennikami „dręczenia zwierząt”, więc zdjęć z tygryskiem ani z lampartem nie mamy. Moim zdaniem zdecydowanie powinniśmy ignorować tego typu atrakcje – wówczas jeśli nie będzie na nie popytu, zwierzaki przestaną być maltretowane!!! Następne 2 dni to błogi odpoczynek na plaży, przeplatający się ze spacerami i obżarstwem, po którym rozdzieliliśmy się. Ja z Magdą zostaliśmy na wyspie a pozostali pojechali do Bangkoku. Droga powrotna z Ko Samui do Bangkoku będzie mi się zawsze kojarzyła z Donim. Doni to Indonezyjczyk, którego mieliśmy okazję poznać w drodze do dworca kolejowego w Surat Thani. To facet, który miał w sobie mnóstwo radości z życia i z którym udało nam się znaleźć wspólny język. Cała podróż z nim w autobusie (przypominającym te na Kubie -zapakowane na full) była całkiem wesoła. Pierwszy raz w życiu spotkałem człowieka, który tak bardzo był zakochany w swoim kraju, który tak otwarcie potrafił opowiadać o swoim życiu. Może tam właśnie jest ten wymarzony raj, o którym Doni cały czas opowiadał, może właśnie tam powinniśmy pojechać a może po prostu tam dotrzemy. Kiedyś na pewno w końcu Bali to nie taka abstrakcja.

Bangkok-powrót

Droga do Bangkoku (oczywiście pociąg przyjechał z opóźnieniem) minęła szybko. Po dotarciu na miejsce udaliśmy się taksówką na Kao San Road i zakwaterowaliśmy się w tanim, przyjemnych hotelu. Prysznic, chwila odpoczynku i wypad do najbardziej zatłoczonych miejsc w Bangkoku. Włócząc się po okolicach, docieramy nad brzeg kanału, gdzie za chwile przyjdzie nam skosztować przejażdżki „kanałami Bangkoku” (żeby była jasność- to co wypełnia te kanały to nie woda a raczej ścieki; ale jednocześnie jest bardzo szybka i wygodna forma przemieszczania się w zakorkowanym Bangkoku). Wielka, podłużna łódź o charakterystycznych, podciąganych, foliowych zasłonach chroniących przed chlapiącym syfem z kanału i bileterzy poruszający się jak sprytne małpy po linach na krawędzi łodzi. Przejażdżka bardzo fajna a w szczególności moment, kiedy zbliżamy się do niskiego mostu, wówczas kierowca jednym pociągnięciem wajchy obniża cały dach i lekko skuleni przepływamy pod mostem. Wysiadamy na stacji (a raczej przystani) niedaleko największego centrum handlowego i udajemy się na zwiedzenie tej bogatszej i nowocześniejszej części Bangkoku. Centrum jak centrum, dużo pięknych Tajek z zakupami, ciekawskich turystów szukającymi okazji do zakupów. Korzystając z dobrodziejstw klimatyzacji w centrum handlowym odpoczywamy chwilę, a później ruszamy zobaczyć świątynię w markecie. Sama świątynia nie jest zbyt ciekawa, po za szeregiem pozłacanych posągów słoni; ale to co się dzieje w jej pobliżu jest ekscytującym przeżyciem. Happening Czerwonych to chyba spore wydarzenie w Tajlandii. Tysiące ludzi ubranych w czerwone stroje, muzyka, zabawa i setki policjantów pilnujących, by zabawa pozostała tylko zabawą. Z uwagi na fakt, że wiedzieliśmy o zamieszkach, które wybuchły w Tajlandii kilka miesięcy wcześniej, początkowo trochę się baliśmy podejść bliżej protestujących Czerwonych. Po chwili jednak wtopiliśmy się w tłum i pośród czerwonej rewolucji spacerowaliśmy jak tutejsi, podziwiając i bawiąc się tak samo jak oni. Dla mnie ci ludzie nie wyglądali na groźnych, a bardziej na szalonych i spragnionych zabawy, którzy w ten pokojowy sposób próbują walczyć o swoją sprawę. Maszerując tak wśród „Czerwonych” docieramy do przystani rzecznej i kanałem płyniemy do stacji końcowej. Wysiadamy i udajemy się na pobliski market, gdzie w tłumie tysięcy ludzi zajadamy się krabami, a następnie wracamy na Kao San Road i czekamy na Konrada i Izę. Razem udajemy się na nocne zwiedzanie Bangkoku, odwiedzając znany nam już market uliczny i knajpkę na Kao San, gdzie popijamy pyszne piwo. Rankiem następnego dnia postanowiliśmy udać się na Chatuchak Market. Zaraz po śniadaniu, kiedy pożegnaliśmy Izę i Konrada udaliśmy się na zakupy do największego weekendowego marketu w Bangkoku, umiejscowionego kawał drogi od naszego hotelu. Znowu korzystamy z transportu kanałami a następnie kolejką napowietrzną zwaną BTS jedziemy na targowisko. Pierwsze wrażenie to ogromne tłumy przewijających się tu ludzi; wszyscy biegają i coś kupują. Spędzamy tu kilka godzin, w końcu obłowieni w prezenty i pamiątki powracamy do naszego hotelu. Wieczorem spacerek i ostatnie zakupy a w nocy ruszamy na lotnisko i do domu….

na górę

4.TEMATYCZNIE FOTOGRAFICZNIE


Nie spotkałem się z agresją podczas robienia zdjęć. Nie należy się bać i powinno się pytać o zgodę podczas wykonywania zdjęć. Tajowie chętnie pozują. Nie jestem zwolennikiem płacenie za zdjęcia więc tego nie robię, ale to już prywatna sprawa każdego z nas. Nie należy robić zdjęć ludziom modlącym się lub medytującym. Jest to niegrzeczne i moim zdaniem niepotrzebne. Przypomina mi się sytuacja, kiedy byliśmy w jednej ze świątyń w Chang Mai, gdzie bardzo stary mnich medytował na podeście. Fakt wyglądał bardzo interesująco a jego rysy twarzy i spokój mogły być świetnym tematem do zdjęcia. Ale widok trzaskających pajacy z lampami, doprowadzał mnie do szału. Czasami warto trochę się zastanowić nad tym czy warto?? Dlatego stanowczo mówię nie takim sytuacjom!! Jeśli ktoś kocha robić zdjęcia architekturze na pewno będzie miał tu pole do popisu. Przyroda także ma wiele do zaoferowania.

na górę

5.HISTORIA JEDNEGO ZDJECIA


0728-1 To zdjęcie zawsze będzie mi się kojarzyć z wioską, która była naszym pierwszym obozem podczas trekkingu w okolicach Chang Mai. Poranny spacer doprowadził nas na pseudo boisko, na którym grupa młodych chłopców kopała piłkę. Nie zastanawiając się długo, porzuciwszy aparaty zaczęliśmy się bawić jak dzieci razem z nimi. Wśród grupy młodziaków, którzy czynnie brali udział w naszej kopaninie był jeden mały chłopiec, który siedział na pobliskim pagórku i ściskając swojego psiaka spoglądał na nas z wielkim zainteresowaniem, uciekając co chwilę, gdy jego starsi koledzy mu dokuczali. Po krótkiej obserwacji szybko złapałem aparat i wykonałem mu kilka zdjęć. Chłopiec pozował jak prawdziwy model o ile można tak powiedzieć i ani na chwilę nie widziałem aby jego pies wypadł mu z rąk. Patrząc na niego pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy to dzieciaki u nas. Jaka inność….
na górę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Translate »